Życie w Szwecji #1 – pierwszy miesiąc

 

Podejmując decyzję o wyprowadzce miałam wrażenie, że mamy jeszcze tyyyyleee czasu, a dziś mija dokładnie miesiąc od dnia wylotu. Pierwsze największe emocje już opadły, choć myślę, że minie jeszcze sporo czasu zanim przyzwyczaimy się do naszego “szwedzkiego” życia. W ciągu tych tygodni niezliczoną liczbę razy odpowiadaliśmy na pytania i dzieliliśmy się pierwszymi wrażeniami – z rodziną, przyjaciółmi, z nowymi znajomymi tutaj. Życie w Szwecji i nasza codzienność w Sztokholmie to tematy, o których chciałabym regularnie pisać. Na początek kilka ciekawostek, faktów, które nas bardzo zaskoczyły i odpowiedzi na najbardziej popularne pytania.

 

 

1. Bez “personnummer” nie istniejesz i niewiele załatwisz – przylecieliśmy w piątkowe popołudnie, w weekend mieliśmy chwilę czas na rozpakowanie się i poznanie okolicy, a pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy w poniedziałek było udane się do Skatteverket, czyli szwedzkiej skarbówki by się w niej zarejestrować i tym samym złożyć wniosek o nadanie szwedzkiego odpowiednika numeru PESEL.
Bez tego numeru nie otworzysz konta w banku, może być ciężko z podłączeniem internetu, nie zarejestrujesz się np. w wypożyczalni samochodu, nie założysz konta w systemie komunikacji miejskiej i wiele innych rzeczy, które w Polsce bez zastanowienia szłam załatwić.
Nadanie numeru powinno zająć 2-8 tygodni, my nasze dostaliśmy w 1,5 tygodnia pocztą do domu.
Warto również wspomnieć, że w Szwecji jest na tyle dobry system, że po nadaniu numeru sam się zaktualizował w bazach danych np. dostawcy internetu, gdzie dostaliśmy numer tymczasowy.

 

2. Państwowy kurs szwedzkiego SFI – w Szwecji obcokrajowcy w ramach integracji społecznej mogą zapisać się na darmowy kurs szwedzkiego. Żeby móc się zapisać trzeba mieć prawo do rezydencji w kraju, więc w praktyce posiadać personnummer. Obywatele państw UE mają nieco łatwiej – mi wystarczył paszport i podanie adresu pod którym mieszkam w Sztokholmie.
Po rejestracji jesteśmy zapraszani na rozmowę, w wyniku której zostaniemy przypisani do odpowiedniego poziomu kursu. Poziomów w praktyce jest kilkanaście:
– poziom 1 (A, B, C, D) to nauka dla osób praktycznie bez wykształcenia, również analfabetów
– poziom 2 (B, C, D) jest przeznaczony dla osób, które jakieś wykształcenie posiadają
– poziom 3 (C, D) jest dla osób dobrze wykształconych.
Literka to stopień zaawansowania szwedzkiego. Na przykładzie: ponieważ ja szwedzkiego praktycznie zupełnie nie znam (nieco rozumiałam tekst, jeśli występowały zbliżone słowa do niemieckiego lub angielskiego ;)) stwierdziłam, że chcę zacząć od podstaw – z wykształceniem inżynierskim z miejsca przypisali mnie do poziomu 3C. W mojej szkole okazało się, że istnieje jeszcze dalszy podział grupy 3C, na 3C:1 oraz 3C:2. Jestem w 3C:1, ale zdarza się, że jeśli ktoś wyprzedza grupę albo został błędnie przypisany na prośbę prowadzących może zostać przeniesiony wyżej – kursy zaczynają się cały czas, więc wszyscy są przyzwyczajeni do pojawiania się nowych osób ciągle.
Różna jest także intensywność kursu – dla osób niepracujących poleca się kurs 20h w tygodniu! Są trzy przedziały czasowe, w których szkoły prowadzą zajęcia – 8-12, 13-17 oraz 17-21. Ja wybrałam opcję poranną, więc tak, na pół etatu uczę się szwedzkiego :)
Mój mąż zajęcia ma dwa wieczory w tygodniu po 3h.
A odpowiadając na pytanie jak się tutaj porozumiewamy: po angielsku :) Spotkaliśmy 2 osoby (nie pochodzące ze Szwecji), które nie mówiły po angielsku. O ile nie trzeba używać szwedzkiego w pracy to… zupełnie nie trzeba się uczyć tego języka. My oboje jednak chcemy, bo strasznie nas to kręci ;)

 

 

3. Nie mamy pralki w mieszkaniu! – coś, co zdarza się w innych zachodnich państwach (np. w Szwajcarii), ale w Polsce jest wizją kosmiczną. Nie mamy pralki w mieszkaniu, ale za to w naszym budynku jest pralnia. W pralni znajdują się dwie pralki – nie wiem czy to rozmiar przemysłowy, ale są zdecydowanie większe niż standardowa pralka w polskim mieszkaniu. Najdłuższy program trwa ok godziny. Dodatkowo w pomieszczeniu znajdują się także dwie suszarki – bębnowa oraz “szafa z prętami”.
Chcąc zrobić pranie należy zapisać się na wybraną sesję – na tablicy z terminami należy przypiąć breloczek ze swoim numerem w wybranym przedziale czasowym (7-10, 13-16, 16-19, 19-22), w którym możemy działać w pralni. Tak, mamy trzy godziny na wszystko i bez większego problemu wystarczają, żeby zrobić pięć kolejek prania i wszystko wysuszyć :)
Przyznam, że przed przyjazdem ta idea wydawała mi się dość kosmiczna i mało wygodna – muszę kilka dni wcześniej zapisać się na termin prania (a może się okazać, że wybrany slot będzie zajęty i trzeba będzie kombinować nad innym terminem) i trzy godziny mam wyjęte z dnia.
Tymczasem forma w jakiej funkcjonuje to w naszym budynku jest szalenie wygodna! Raz w tygodniu zabieramy pełen kosz, puszczamy kilka kolejek prania (na ogół 2-3, ale jeśli skumuluje się pościel i ręczniki kuchenne to bywa, że i 5), potem suszenie i gotowe. Nie muszę planować harmonogramu trzech prań w tygodniu i nie muszę patrzeć na wiecznie wystawiony suszak (bo wszyscy wiemy ile potrafi schnąć pranie w zimie). Jedyna niedogodność to to, że faktycznie w trakcie prania trzeba być w budynku, żeby po godzinie przełożyć je do suszarki, a po kolejnej zabrać do mieszkania. Na razie jednak bardzo odpowiada mi to rozwiązanie.

 

 

4. Mieszkaniowe dziwności, czyli metalowe blaty i prysznic bez kabiny – kolejne nietypowe rozwiązania w szwedzkich wnętrzach.
Na fali “skandynawskiego stylu”, który opanował instagram i polskie mieszkania warto wspomnieć, że zanim nastały biele i szarości, bardzo popularnym rozwiązaniem w kuchni był (i dalej jest) metalowy blat, szczególnie w okolicy zlewozmywaka i kuchenki.
Inną ciekawostką są prysznice bez kabiny prysznicowej – coś, co szalenie rozśmieszało nas w Gruzji tj. słuchawka tuż obok toalety jest także skandynawską codziennością. Podłoga w łazience jest nieco podniesiona, żeby pod nią stworzyć instalację, a część kąpielową od reszty łazienki oddziela zasłonka lub szklane drzwi. Jedno jest pewne – jest to niesamowita wygoda przy sprzątaniu, bo mając tylko zasłonkę nie mam do szorowania brodzika oraz tafli pleksi. Dobrze zrobiona łazienka np. z nieco obniżonym odpływem sprząta się w zasadzie sama :) Nie jestem jednak jeszcze przekonana do tego rozwiązania, bo mimo wszystko ryzyko zachlapania całej łazienki jest znacznie wyższe.

 

 

5. Społeczne ławeczki, zestawy ogrodowe i miejskie grille – kolejnym dość nietypowym widokiem są społeczne zestawy ogrodowe lub wyznaczone miejsca do grillowania (z ławami, zabudowanym grillem itd.) dostępne dla mieszkańców danego bloku, klatki lub okolicy. Jeszcze bardziej nietypowe jest to, że one stoją tutaj cały czas i nie znikają. O ile w przypadku ławy albo betonowego grilla jest to zrozumiałe, tak w przypadku zestawu krzesła + nieduży stolik ogrodowy z polskiego punktu widzenia jest to niezwykłe.

 

 

6. Grillowanie w parkach i picie alkoholu w miejscach publicznych – o ile dostęp do alkoholu jest w Szwecji bardzo utrudniony (w zwykłym sklepie są produkty do 3,5%, wszystko powyżej trzeba kupować w specjalnych, państwowych sklepach, które np. są zamknięte w niedzielę, a sobotę czynne do 14-15), tak są miejsca, gdzie można go spożywać publicznie. Do takich miejsc należy wiele parków w Sztokholmie. Istnieją jednak pewne obostrzenia – jedno to dozwolone godziny (na ogół nie można pić w nocy) oraz należy się dobrze zachowywać. Zatem, jeśli macie ochotę w piątek wieczorem albo w sobotę popołudniu skoczyć ze znajomymi do parku, poopalać się, porelaksować i wypić kilka piw czy butelkę wina to na stronie miasta możecie sprawdzić gdzie jest to dozwolone :)
Innym dość częstym widoczkiem są rozpalone grille, wszędzie. Nie wiem jak z regulacjami prawnymi tego zwyczaju, ale Szwedzki kochają grillować i bardzo często zaopatrują się w grille jednorazowe. Przyznam, że ten zwyczaj nie jest moim ulubionym, bo nie lubię kiedy ktoś mi dymi tuż obok w parku, ale może kiedyś sama skorzystam ;)

 

 

7. Ceny w Szwecji – jednym z bardziej popularnych pytań, które dostajemy jest to o ceny w Szwecji i czy jest drogo. Jak zawsze w kwestii kosztów odpowiem, że i tak i nie.
Z polskiej perspektywy – tak, jest tutaj drogo. Za chleb płacimy 8-10 złotych, kilogram piersi z kurczaka to 35-45 złotych, znaczek pocztowy do Polski 9 zł, przeciętny lunch 35-50 zł, a butelka wina zaczyna się w okolicach 30-35 zł.
Ale! To nie jest sposób w jaki należy przeliczać ceny, bo nie mieszkamy w Polsce i posługujemy się inną walutą. Zdecydowanie lepszym wyjaśnieniem jest pokazanie stosunku cen do zarobków:
Średnia płaca netto w Szwecji to ok 29 tys. SEK. Dla uproszczenia sytuacji przyjmijmy, że zarabiasz na rękę 2900 “jednostek”. Albo jesteś trochę pod średnią i jest to 2500 – myślę, że jest to kwota, do której dość łatwo się odnieść, biorąc pod uwagę polską średnią (netto) w wysokości ok 3300.
Przyjmując takie założenie za litr mleka płacimy 1 “jednostkę”, za kilogram pomidorów 2,90, za napój owsiany (wegańskie “mleko”) 1,5-2,5, za litr benzyny 1,35-1,5, za koszulkę w sieciówce 6,90, za parę conversów 50-60 “jednostek”, naprawdę dobry internet to koszt 20 “jednostek”, a wyjście na koncert gwiazdy dużego formatu to 35-70 “jednostek”. Z tej perspektywy koszty wyglądają o wiele lepiej, w niektórych przypadkach znacznie lepiej niż w Polsce.
Co jest tutaj bardzo drogie to mieszkania oraz komunikacja. Ceny najmu za 2 pokoje w Sztokholmie to 1000-1800 “jednostek”. W Warszawie czy Krakowie 2 pokoje zaczynają się w okolicy 1800 zł, więc jest to zbliżona relacja do przeciętnych zarobków (choć dalej chyba nieco na korzyść Sztokholmu, bo mieszkania za 1200-1400 mają przyzwoity “IKEA” standard i ok 30-40 minut metrem do centrum).
Bardzo droga jest także komunikacja – bilet miesięczny w Sztokholmie to 85 “jednostek” – bardzo zbliżone do 95 zł w Warszawie (przy bilecie 3 miesięcznym ZTM).

 

8. Brak firanek w oknach – 80-90% mieszkań nie ma firanek w oknach. My również ich nie mamy, bo posiadamy tylko jeden karnisz – albo firanki albo zasłony :) Natomiast większość mieszkań, przynajmniej w naszej okolicy, posiada w oknach żaluzje. W sypialni często bywają czarne, z powodu bardzo długich dni.

 

9. Jak o długich dniach mowa to obecnie mamy ok 18-19 godzin światła dziennie! To był największy szok po przyjeździe, bo o 21 było jasno jak o 19 w Polsce i zastanawialiśmy się czemu czujemy się tacy zmęczeni – dopiero spojrzenie na zegarek uświadamiało nam jaka jest pora. Dalej jeszcze się nie przestawiliśmy ;) Ma to swoje ogromne plusy tj. można iść na spacer o 21 albo nad wodę o 19 i dalej jest dość przyjemnie i jasno. Ale bez ciemnych żaluzji ciężko spać, bo obecnie w nocy nigdy nie jest zupełnie ciemno, a dodatkowo zaczyna świtać koło 3 nad ranem. I wiem, że w zimie niestety będzie na odwrót i światło (czy raczej szarówkę) będziemy mieć ko 5-6 godzin na dobę.

 

 

10. Prom w cenie biletu miesięcznego – ostatnim sporym zaskoczeniem była dla nas strefa jaką obejmuje bilet miesięczny, która jest naprawdę ogromna. Kilka lat temu stref było kilka, obecnie jest tylko jeden obszar. Bilet swoje kosztuje, ale można dzięki niemu urządzać naprawdę niezłe wycieczki. Obejmuje autobusy, tramwaje, metro, kolej podmiejską oraz… prom. Jestem zachwycona tą ostatnią możliwością, szczególnie, że dzięki temu mogę mieć niecodzienną drogę do jednego z zakątków miasta.

 

 

16 Replies to “Życie w Szwecji #1 – pierwszy miesiąc”

  1. U mnie w domu pierze się codziennie-bo jest 5 osób, czyli sama bielizna, ręczniki i ścierki kuchenne i już jest pralka codziennie. A dodaj pościel czy spodnie- w minimum trzy dni w tygodniu,pralka chodzi 2 razy. Czyli ktoś musiałby być na etapie praczki ;) Wolę jednak w domu mieć pralkę, bo kurcze, miałabym opory nieść bieliznę przez cały blok :)
    Chętnie jeździłabym do pracy promem! :)
    Zawsze mnie śmieszyło porównywanie cen, obcych do naszych i mówienie-wszędzie drogo. Na Litwie jest euro, i jak płaciłam w euro to wychodziło tanio ;) Chociaż w Polsce wszyscy straszyli, że tam to będzie drogo.

    1. Jak zawsze, wszystko zależy od punktu widzenia. W Polsce praliśmy średnio 3 razy w tygodniu, bo tak wychodziło. Być może mając rodzinę 4-5 osobową faktycznie wolałabym załatwiać to wszystko we własnym mieszkaniu. Z drugiej strony, pralki są znacznie większe niż te, które spotykałam w Polsce (są pod 10kg) – spokojnie na jedno pranie wejdzie kilka kompletów pościeli oraz ręczników. Czasem aż mi głupio puszczać prawie pustą pralkę, ale nie będę czekać miesiąc aż mi się białe zbiorą w odpowiedniej ilości :p
      Co do noszenia bielizny przez cały blok to: 1) Niosę ją w miednicy lub worku na pranie, więc nie widać. 2) Przez cały miesiąc raz spotkałam* sąsiada na klatce :p 3) Tutaj to po prostu kwestia przyzwyczajenia.

      W tym roku uratuje to nam trochę “życie” (a przynajmniej święty spokój), bo pod koniec lipca będziemy mieć sporo gości, z tego część na zakładkę – przy normalnym praniu nie zdążyłaby nam wyschnąć pościel dla wszystkich :p

      *a raz wyciągałam cudze pranie z suszarki – to największy minus, że ostatecznie dzielisz te sprzęty z innymi

  2. Mi chyba właśnie to by najbardziej przeszkadzało, że ktoś inny tego używa ;) Ja w ogóle jestem dość “brzydliwa” w tych kwestiach ;) Pewnie to zależy od przyzwyczajenia. Wiadomo, łazienka sporo by zyskała jakbym wyniosła pralkę i mogła wstawić tam szafkę na kosmetyki ;) Ale jednak swoja pralka to dla mnie rzecz oczywista. Może też inaczej bym na to patrzyła jakbym była sama i nie musiała prać dzień dnia, ale jak pierze się codziennie, to jednak wygodniej jest mieć wszystko pod ręką :)

    1. Albo gdybyś była przyzwyczajona, że tak się po prostu robi ;)

  3. Czy ja bym umiała funkcjonować bez pralki? :D U mnie pierze się trzy razy w tygodniu najmarniej, musiałabym miesiąc do przodu w grafik się wpisywać ;) Ale przyznaję fajna to wizja, taka wspólna pralnia, gdzie się ludzie spotykają, gadają ;) Jak z filmu.

    1. My też w Polsce praliśmy średnio 3 razy w tygodniu – teraz wystarcza nam jedno wyjście :) Już pisałam wyżej jak to działa – większe pralki, krótszy czas prania itd. bez większego problemu przy dwóch osobach raz w tygodniu wystarcza. Zapisujemy się na ogół na tydzień przed, ale u nas w bloku często pralnia stoi pusta, więc da się awaryjnie wskoczyć w kolejny slot.

      Niestety, pralnia wspólna ale jedna sesja = jedno mieszkanie, więc sąsiadów się tam nie spotyka ;)

  4. Czekałam na ten wpis :-)

    Przyznam Ci się, że łazienka bez kabiny marzy mi się od dawna. Naprawdę łatwiej i wygodniej jest przetrzeć mopem zalaną wodą z prysznica łazienkę, niż szorować brodzik i prysznic. No i podłogę masz codziennie umytą :-) Na podobny kurs językowy w Holandii chodził mój brat, zaczął od A1 i chce go powtórzyć, choć z zaliczeniem nie miał problemu, ale chce dla utrwalenia gramatyki, potem kolejne stopnie. Wspólne pralki i suszarki – jak w akademiku :-) O ile są czyste i zadbane i ktoś pilnuje, żeby takie były, czemu nie?

    1. Tak, sprzątanie to naprawdę 5 minut. Jak sobie przypominam szorowanie pleksi albo wanny w poprzednich mieszkaniach to cieszę się, że tak teraz mamy.

      Generalnie jest zasada, że każdy sprząta po sobie – i ludzie sprzątają ;) Raz w miesiącu jest zamknięta pralnia i gruntowne sprzątanie ze strony administracji.

  5. Ależ super wpis!
    Bardzo dziękuję, dużo się dowiedziałam!
    Ja chciałam Adama namówić na wyjazd za granicę, miał nawet propozycję pracy w Kanadzie, ale… to bardzo oporny typ. ;)

    1. Kanada podobno piękna, ale nie wiem czy umiałabym mieszkać tak daleko od domu ;)

  6. 1. Lol! Niebywałe :)
    2. Genialne udogodnienie, szkoda, że w innych państwach tak nie ma. Ale z tego co słyszałam skandynawia generalnie jest bardzo pozytywnie nastawiona do przyjezdnych :)
    3. w usa jest tak samo. Tez mnie to zdziwilo ile tam jest pralni – praktycznie na kazdym rogu. Mieszkaliśmy przez chwilę w Airbnb, i jak mój Mąż powiedział znajomym w pracy, że w mieszkaniu jest pralka, to nikt nie chciał uierzyć :P
    7. nie należy przeliczać – też się o tym przekonałam. Jak jedziesz na chwilę, na wakacje, to tak, ale kiedy już emigrujesz, to wchodzisz na ten poziom, że proporcje masz te same.

    1. 2. I tak i nie ;) Z jednej strony tak, są bardzo otwarci, mają te kursy, pomagają ogarnąć życie itd. Z drugiej strony bez szwedzkiego (i to dobrego) często dostać pracę – niezależnie czy pracujesz z klientem (wtedy to dość oczywiste, że trzeba język znać) czy gdzieś wewnętrznie w firmie.
      3. Tak, oprócz pralni dla danego budynku są też co chwilę na mieście – jak w Japonii :p

  7. Ja piorę raz na tydzień.. :) nie mogłabym funkcjonować bez pralki w domu, albo mieć taki system jak u Was.. Wystarczy, że musiałam przyzwyczaić się do dwóch kranów :) osobny do wody ciepłej i zimnej :)
    Jeśli chodzi o przeliczanie, to podstawa u Polaków. I to jest oczywiście zrozumiałe. Ja nie miałam problemów z przeliczaniem, bo tego nie robiłam. Mieszkam w Szkocji więc wydaję w Szkocji, a nie w Polsce. Śmiałam się tylko z tego, że na pierwszą wypłatę tutaj po tygodniu, zarobiłam tyle ile w Polsce musiałabym robić dwa miesiące. :)
    I co podoba się Tobie Szwecja? :) nie żałujesz przeprowadzki?:)

    1. A w sumie dlaczego nie, skoro i tak pierzesz raz na tydzień ;)? My pierzemy dokładnie z taką samą częstotliwością :p

      Przeliczać można na wakacjach, ale mieszkając tutaj na co dzień trzeba wypracować nowy rozkład wydatków, uzależniony od nowych możliwości finansowych.

      Tutaj wypłaty są klasycznie raz na miesiąc, ale nawet dla nas – a nie mogliśmy narzekać na zarobki w Polsce – jest różnica.

      Podoba się – to było wiadome od początku :p Co do żałowania to jeszcze jest za wcześnie, wciąż jestem ogromnie podekscytowana wszystkim i jeszcze chwila minie zanim będę mogła się wypowiedzieć. Na razie nie :)

  8. Pranie jak zawsze najważniejsza :D – zastanawia mnie jedna sprawa – co robicie z ubraniami, których nie można suszyć w suszarce bębnowej? Ja miałam pralkę z suszarką w swoim mieszkaniu i właściwie suszyłam w niej tylko pościel, ręczniki i bawełniane t-shirty mojego Męża. Pozostałych rzeczy było mi po prostu szkoda, wiec i tak rozwieszałam je na suszaku.

    Fajnie z tymi kursami szwedzkiego! Byłam pewna, że trzeba za to płacić! :)

    Pozdrawiam :*

    1. 1. Mamy dwie suszarki – jedna bębnowa, a druga to taka szafa z prętami, którą da się ustawić na nieco niższą temperaturę i wyłączyć przed końcem suszenia (żeby np. nie przesuszyć).
      2. Wbrew pozorom, nie mamy aż tylu delikatnych rzeczy, które mogłyby się wyjątkowo zniszczyć. Moje koszulki też lecą do bębna – szwy na miejscach, bez problemu :). Jasne, nie wysuszę tak niektórych moich sukienek (ale przyznaję, ostatnio mi do nich nie po drodze było – w tym tygodniu zaczęłam to zmieniać) albo swetrów w zimie, ale na razie nic się nie zniszczyło.
      3. Jeśli faktycznie wypiorę coś, czego absolutnie nie można wysuszyć to wyciągnę ten nieszczęsny suszak :p Natomiast będzie to raz na 2-3 tygodnie, a w Polsce przy 3 praniach w tygodniu i schnięciu w zimie po 2 dni to był on wyciągnięty non-stop.

Dodaj komentarz