Summer time – co słychać? #10

 

Jak w kilku słowach opisać 4 miesiące swojego życia? Jak w prostej formie zamknąć 1/3 roku? Czy te wszystkie myśli w głowie, uśmiechy i chwile zmęczenia można przelać na klawiaturę? Na blogu jestem z doskoku, za to są momenty, kiedy bardzo brakuje mi pisania – choć nie zawsze słowa pozwalają wyrazić mi wszystko, to pisanie od zawsze było mi bliską formą wyrazu. Często jednak siadam przed komputerem i choć tyle początków i słów się układa, to nic nie brzmi dobrze na tej białej, elektronicznej kartce. Dziś znów na chwilę jestem i odpowiadam co słychać.

Gdybym miała scharakteryzować rok 2018 w tej chwili to byłby on… dziwny. Są takie momenty, że te chwile pełne radości przeplatają się z momentami zwątpienia. Człowiek liczy, że już teraz właśnie się układa tak, jak być powinno, a okazuje się, że wcale nie, że haha to chichot losu znów. I ciężko mi to zrozumieć, dotrzeć do samej siebie i powiedzieć co słychać, jak się czuję, bo zaraz potem znów jest cudnie, znów uśmiech i promienie słońca, choć ta pozostała część życia wciąż tkwi bez zmian. Dlatego jest dziwnie ;)
Blogowa historia zatrzymała się na Wielkanocy z najbliższymi, a potem… a potem z opóźnieniem charakterystycznym dla Szwecji przyszła piękna wiosna. Choć początkowo bardzo chłodna z 10-12 stopniami w kwietniu, zaraz po majówce zmieniła się w lato. Tak, już rok temu wakacje były bardzo słoneczne w Szwecji, ale w tym roku mamy lato od 9 maja, praktycznie nieprzerwanie, bo popadało może dzień czy dwa w czerwcu. Cieszymy się piękną pogodą, blisko lasu i wody, nad którą mogłabym spędzać każdą wolną chwilę. Kąpiele zaczęliśmy jeszcze w maju, w 12-13 stopniach Celsjusza w wodzie. I chodzimy dalej, wieczorami, w weekendy na kilka ulubionych “plaż”, gdzie jest tak niewyobrażalnie przyjemnie, że aż ciężko mi to opisać. Tak się odczuwa spełnione marzenie, czyli w moim przypadku mieszkanie nad jeziorem, w pobliżu lasów pachnących wakacjami i sosną.
Minusem tej aury jest susza i pożary, o których pewnie większość z Was słyszała. To także nieznośne upały w mieście, od których myślałam, że w Szwecji odpoczniemy. Skoro jednak deszczu nie mamy, to przynajmniej korzystamy ile można z plusów.
Kwiecień był głównie miesiącem poznawania kolejnych, nowych zakątków miasta. Był spokojny i przyznam, że miałam problem, żeby go sobie przypomnieć. Ale była wystawa chińskiego jedwabiu i tkactwa, nowe parki i żegnanie zimy. Kwiecień był także miesiącem, kiedy nasz świat zawodowy nieco zawirował. Przyznam, że mamy z L. takie szczęście, że zawsze jedna część życia niedomaga – jak oboje mamy fajne prace to mieszkamy w kiepskim miejscu, jak mieszkamy w fajnym miejscu to któreś z nas jest niekoniecznie szczęśliwe w pracy. I dokładnie w momencie, kiedy L. w końcu trafił do swojego wymarzonego projektu robiąc coś, co w 100% daje mu radość… u mnie się pozmieniało. I tak jak w zeszłym roku w zachwytach opisywałam moje miejsce pracy, tak od kwietnia jest nijak. Niby dalej jest w porządku, ale zmiany sprawiły, że zniknął charakter i atmosfer naszego biura. Z jednej strony mam wrażenie, że trochę tracę czas przez tę nijakość, ale z drugiej – dopiero w sierpniu mija mi rok zatrudnienia i kolejna zmiana pracy to ostatnie czego chcę. Jestem zagubiona w tej sytuacji i nie wiem jak to się wszystko potoczy, a takie niewiadome mocno na mnie wpływają.

 

 

Pamiętam z jakim optymizmem rozpoczynałam maj. Choć nie zaliczyliśmy naszej tradycyjnej majówki w górach (odbijemy sobie po powrocie do Polski!) to maj okazał się bardzo przyjemnym miesiącem. Przyszło lato, zaczęły się spacery nad wodę i wycieczki rowerowe. Drugą majówkę spędziliśmy w towarzystwie siostry L. i jej męża, którzy znów nas odwiedzili. Wesołe Miasteczko, piknikowanie w ulubionym sadzie i przesiadywanie nad wodą – jak zawsze czas minął za szybko. A niedługo później my wybraliśmy się na długi weekend do Krakowa. W zasadzie był to równy rok od naszej wyprowadzki, więc miło było odwiedzić miejsca, które kiedyś stały się “nasze” i poczuć się jak w domu. A potem przyszedł czerwiec i kolejne wycieczki rowerowe, a także te nieco dalsze po kraju. Na chwilę wpadłam do Malmö i po raz pierwszy odwiedziliśmy Göteborg. Oboje byliśmy zaskoczeni jak przyjemne jest to miasto! Tydzień później za to pojawiliśmy się na Śląsku, odwiedzając rodzinę i znajomych. By po kolejnym tygodniu znów znaleźć się w Polsce – tym razem błyskawiczna wizyta w Gdańsku (w centrum byliśmy ok. 21, a kolejnego dnia o 8-9 rano mieliśmy pociąg…) i w końcu… Mazury!
Tak wyczekiwane, po 3 latach przerwy! Oj, wspaniale było się znaleźć znów na jachcie, pod żaglami, swoje życie spakować do plecaka, kąpać się w jeziorze i spać na dziko wśród natury. Choć pogoda na początku tygodnia była dość kiepska, to koniec tygodnia nieco wynagrodził, ale i pozostawił ogromny niedosyt. Prosto z Mazur jechaliśmy na Maltę, o której napisałam nieco więcej w poprzednich wpisach. W miesiąc zaliczyłam 3 krótkie wyjazdy i dwutygodniowe wakacje – możecie się domyślić jak się cieszyłam pakując się po raz czwarty w przeciągu 2 tygodni ;)
Dlatego w ostatnim czasie weekendy są improwizowane – a to nad wodę, a to na kajaki, a to szybka wycieczka rowerowa. Fajne jest to lato! I mam nadzieję, że jeszcze chwilę z nami pobędzie, bo w sierpniu odwiedza nas moja siostra z narzeczonym i mam nadzieję, że uda się skorzystać z dobrej pogody. A potem… a potem powoli nadciągnie pani Jesień, wraz ze swoimi kolorami, ciepłym kocem i ulubioną herbatą.

 

8 Replies to “Summer time – co słychać? #10”

  1. Samo życie Kasiu, ale i tak sporo się u Was dzieje, jak zawsze zresztą.

    1. I z jednym i z drugim się zgadzam ;)

  2. to chyba tak zawsze jest, coś się udaje i coś cieszy,a zaraz potem bach, coś smuci. Taka życiowa równowaga, chyba zawsze tak musi być. przynajmniej u mnie.
    Bardzo dużo tych wyjazdów, ja pakowanie na wyjazd lubię, gorzej jak mam się w domu rozpakować. Nie znoszę tego. Ale w sumie pewnie się cieszysz z tych wyjazdów :) Mazur zazdroszczę, niby mam niedaleko, a głównie tam bywam jesienią czy wczesną wiosną, jak wiadomo, jest tam wtedy mniej magicznie :)
    Nie strasz jesienią! U mnie wczoraj było 39 stopni ;)

    1. Rozpakowywanie jest magiczne tj. jak zrobię to zaraz po powrocie i porządnie to nawet lubię, ale jak odłożę “na popołudnie” albo na następny dzień to walizki leżą potem przez kolejny tydzień prawie nieruszone ;)

      Jasne, że z wyjazdów się cieszę! A Mazury akurat ja znam tylko latem i to prawie tylko z perspektywy wody. Jasne, Giżycko, Ryn czy Mikołajki przespacerowałam na postoju, ale jednak Mazury dla mnie oznaczają żagle.

      Wyjątkowo w tym roku cieszę się latem. Mieszkanie nad wodą zmienia perspektywę. Wczoraj wieczorem byliśmy na rolkach, jechaliśmy nabrzeżem, w stronę parku z plażą. Czwartek, godzina 19:30-20:00, pełno ludzi w wodzie i na trawie. Kąpiele, pikniki, biegacze, rowerzyści etc. My też na koniec jazdy zaliczyliśmy szybką kąpiel – rewelacyjnie się tak spędza popołudnia :)

  3. Nie strasz już jesienią! Wczoraj było u mnie 39 stopni, oczywiście w pełnym słońcu i o 13 :)
    Fajnie jest tak wyjeżdżać i zmieniać otoczenie. Gdybym polubiła rozpakowywanie walizek, bo pakowanie to lubię, to robiłabym tak co tydzień :)
    No i mam nadzieję, że w pracy będzie lepiej. To tak już jest, jak coś jest super, to zaraz życie dla równowagi coś dorzuci, co zmienia nastrój na gorszy. Tak jest u mnie przynajmniej…

  4. Teraz za tę jesień dałabym sporo ;) Obecne upały po prostu mnie osłabiają.
    Dzieje się u Was dużo! Ja pakowania na wyjazd nie cierpię, zawsze mi się wydaje, że czegoś nie zabrałam i najczęściej tak właśnie jest ;)

    1. Gdyby nie pobliże wody i fakt, że termometr zatrzymuje się maks. na 32 w cieniu to też bym już chciała jesień.
      Tak to ma mój mąż, choć na ogół zawsze wszystko zabiera!

  5. Dziękuję za odwiedziny :*
    Tak, u Was sporo jak zawsze, ale wspomnienia bezcenne.

Dodaj komentarz