Sprzedam sposób na szczęście

Szczęście. Znajdujące się w życzeniach urodzinowych i dla młodej pary. Towarzyszące w sukcesach, znikające przy porażkach. To właśnie to, czego zabrakło ludziom na Titanicu. Uczucie, odczucie, poczucie czy też emocja do której dążymy, którą chcemy odczuwać, bo przecież jest lekiem na wszystkie niepowodzenia i całe zło. Nic dziwnego, że tak do niego dążymy. Neurologicznie związane jest z serotoniną, dopaminą i endorfinami. A my z chęcią łykalibyśmy je w tabletkach, gdyby ktoś nam je przepisał. Chwilowo jednak szukamy recepty, przepisu, który w prosty sposób sprawi, że będziemy szczęśliwi, dni będą słoneczne, a trawa zawsze zielona. I właśnie tę naszą chęć znalezienie szybkiego sposoby na bycie szczęśliwym od pewnego czasu wykorzystuje machina marketingowa lansująca co sezon inne modne słówko oznaczające konkretny sposób na bycie szczęśliwym. Kto nie słyszał o slow life, hygge czy uważności? W obecnym sezonie popularne mają się stać japońskie ikigai oraz szwedzkie lagom, a wszystko to podobno jest odpowiedzią na galopujący konsumpcjonizm i zmęczenie szybkim i stresującym życiem. A jak jest naprawdę? I czy książki o kilku filozofiach mogą zmienić nasze życie?

Slow food i slow life

Zanim usłyszeliśmy o hygge, było slow life. A zanim slow life na dobre wpisało się do naszej codzienności zaczęło się od slow food, które w naszym rozumieniu ma oznaczać celebrację posiłków. Doskonałe składniki, wysoka jakość wykonania, jedzenie w gronie bliskich osób i cieszenie się posiłkami – mniej więcej taki obraz widzimy, kiedy ktoś mówi o slow food.
Warto więc wspomnieć, że idea slow food sięga roku 1986, kiedy pewien Włoch, Carlo Petrini, sprzeciwił się wybudowania restauracji McDonald’s tuż obok Schodów Hiszpańskich. Z czasem rozprzestrzeniła się na cały świat jako ruch chroniący lokalną i tradycyjną kuchnię oraz uprawy rolne czy hodowlę zwierząt związanych z danych regionem. Ich celem była i jest ochrona smaku oraz odkrywanie jedzenia, a nie zwykła konsumpcja.
Kontynuacją tego przedsięwzięcia jest idea powolności, która doczekała się swojego własnego instytutu założonego w 1999 roku, a dalej z niej ewoluował slow life.

 

Główne zasady bycia slow to:
– żyć wolniej i dostrzegać świat dookoła nas i każdą bieżącą chwilę,
– pielęgnować relacje z drugim człowiekiem na co dzień,
– doceniać dobrą jakość,
– doceniać to co nas spotyka i cieszyć się tym,
– dbać o siebie, swój wolny czas i relaks.

 

Żyj świadomie – niekoniecznie od razu oznacza to wyprowadzkę do domku na wsi lub w Bieszczady.
Oprócz slow life i food można się spotkać również ze slow fashion (kupuj świadomie i odpowiedzialnie), slow travel czy slow gardening.

Mindfulness, czyli uważność

Razem ze slow life na topie stało się bycie uważnym – celebrowanie każdej chwili, skupianie się na tym co jest “tu i teraz”. Powinniśmy działać bez “autopilota” oraz dostrzegać nasze uczucia i emocje. Zamiast pochłaniać obiad z telefonem w ręku, warto smakować każdy kęs. Idąc na spacer zauważaj zieleń liści, a chodząc po plaży – sypkość piasku.
Jednym z najlepszych ćwiczeń na uważność jest kontrolowanie swojego oddechu. Zupełnie mnie to nie dziwi, bo przecież koncept “mindfulness” wywodzi się z buddyzmu i medytacji. Poza medytacjami albo np. praktyką jogi poleca się wybieranie spokojniejszych zajęć pozwalających się skupić – robienie na drutach lub kaligrafia ostatnio zyskują na popularności.
Warto zauważyć, że badania psychologiczne faktycznie wskazują na lepsze zdrowie psychiczne i samopoczucie wynikające z praktyki uważności, która potrafi redukować stres i uspokajać nerwy.

Minimalizm

Gdzieś przy okazji slow life, uważnego życia i skupiania się na jego jakości spopularyzował się koncept minimalistycznego życia. Świetna przeciwwaga do rozbuchanych potrzeb zakupowych współczesnego społeczeństwa.
Artykuły o minimalizmie prześcigają się w doniesieniach o osobach posiadających 100 przedmiotów codziennego użytku lub takich, którzy decydują się wyprzedać połowę swojego dobytku i żyć minimalistycznie.
Tylko czy to o to właśnie chodzi? O to by wyrzucić pamiątki, nawet jeśli lubimy je zbierać? Spalić stare listy i pocztówki, bo przecież leżą i niszczeją? Pozbyć się telewizora, samochodu i nie czytać gazet? A domową biblioteczkę zastąpić czytnikiem?

 

Minimalizm przedstawiany jest często jako ruch stawiający na jakość – zamiast kupić 5 koszul marnej jakości, wybierz jedną, ale z jedwabiu. Sweter tylko z wełny, najlepiej merino, a za czapkę zapłać 170 zł, bo przecież z wełny będzie na lata, a do tego jest made in Poland. Niestety, ale brzmi to tylko jak kolejna zawoalowana postać konsumpcjonizmu, tylko w bardziej elitarnej wersji. O ile faktycznie warto wspierać polskich przedsiębiorców i świadomie wybierać rzeczy, które kupujemy to warto zwrócić uwagę, że wśród porad o tym jak zbudować minimalistyczną szafę lub urządzić mieszkanie w prostym stylu gubi się jedna, podstawowa kwestia – minimalizm to przede wszystkim uwolnienie od posiadania i świadomość tego, czego naprawdę potrzebujemy w życiu. Warto pamiętać, że posiadać można także brak rzeczy – czy na pewno jest to nasz wybór czy tym razem uzależnienie od posiadania niczego?

Hygge

Kolejny sposób na szczęście został eksportowany z Danii, bo podobno Skandynawowie to jedni z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Hygge bardzo szybko wspięło na półki księgarń, na feed instagramowy czy blogi lifestyle’owe. A cóż to takiego jest?
Hygge jest w zasadzie nieprzetłumaczalne, jak wiele innych skandynawskich słów – można je sprowadzić do przytulności, atmosfery ciepła, relaksu, miłych chwil generujących ciepłe wspomnienia.
To picie herbaty pod ciepłym kocem, wieczór z książką wśród świeczek czy szydełkowanie z przyjaciółką. Oczywiście, żeby było hyggelig trzeba mieć wełniany koc, miękkie poduszki, przyprawę piernikową i tonę świeczek. Wszystko musisz kupić, bo przecież Twoje stare znoszone papcie lub skarpety nie są wystarczająco komfortowe jak te w stylu skandynawskim. Herbata w wyszczerbionym kubku też zburzy nastrój.
Walka o hygge to ciężka walka ;)
Świetny artykuł na ten temat przeczytacie u Simplife, która tłumaczy skąd wzięły się niektóre hyggelig zwyczaje.

Lagom

Niewiele dalej od duńskiego hygge można napotkać “lagom”. Określenie wywodzące się ze Szwecji i chociaż nie jest powszechnie znane to znaleźć można artykuły (np. magazyn Elle) wróżące mu karierę.
Przyznam, że lagom jest chyba jedną z bardziej wyważonych filozofii i do mnie bardzo przemawia. Kiedy rozmawiam z ludźmi o minimalizmie na ogół podkreślam, że nie mam potrzeby posiadania rzeczy, ale nie mam też dużej potrzeby pozbywania się ich. Nie chcę żyć minimalnie i pożyczać szklanki na imprezę albo chodzić w jednych butach przez cały rok, wolę być w stanie wystarczającym. I to jest słowo pomagające zrozumieć “lagom”, bo to właśnie stan kiedy jest “adekwatnie, dosyć, dostatecznie, odpowiednio”. Podaję tutaj kilka słów, bo lagom również ciężko przetłumaczyć dosłownie – mi osobiście najbardziej pasuje “akuratnie” ;)
Lagom oznacza także wyważenie w życiu, w swoich poglądach i osiągnięciach, bycie powściągliwym.
Dlaczego lagom ma szansę na karierę? Bo popadaliśmy już w skrajności, więc najwyższa pora się wyśrodkować na pewien czas.

Ikigai

Na sam koniec zostawiłam kolejny trend, który ma szansę na popularność w najbliższym czasie. Tym razem pochodzące z Japonii ikigai.
Atrakcyjność Azji jest nieustająca, choć czasem daje się przyćmić. Były Japonki, które nie tyją i się nie starzeją, były sekrety urody Koreanek, była japońska magia sprzątania KonMari, być może teraz czas sięgnąć dalej po ikigai?
Ikigai to koncept oznaczający powód do bycia, powód dla którego codziennie rano się budzisz i definiujesz swoją rolę w społeczeństwie. Podobno to jest sekretem na szczęście Japończyków i ich długie życie.
Jak znaleźć swoje ikigai? To wypadkowa kilku sfer naszej aktywności – robienia tego co się kocha, tego co potrzebuje świat, tego w czym jest się dobrym i tego za co nam płacą. To stan spełnienia, dzięki któremu nasze życie na Ziemi na sens.
Mimo dużej uwagi przywiązywanej do pracy i pomagania innym ikigai to jeden z najbardziej duchowych nurtów tego zostawienia. Mówi także, że ludzie umierają, gdy czują się niepotrzebni, dlatego tak ważne jest pozostać aktywnym i mieć powód do wstawania codziennie z łóżka.

 

Ikigai wywodzi się z Okinawy, której mieszkańcy szczycą się długowiecznością. Oprócz powyższych założeń dot. pracy warto też zwrócić uwagę na dietę albo raczej sposób jedzenia mieszkańców, którzy nie dojadają tj. kończą jeść, kiedy nie są maksymalnie nasyceni i spożywają nieco mniej kalorii niż w teorii wymaga ich metabolizm. Są badania potwierdzające, że lekki niedosyt po posiłku i bycie nieco poniżej dziennego zapotrzebowania kalorycznego wydłuża życie i zapewnia lepsze zdrowie.

Moja filozofia…?

Przyznam, że na początku sama się odnajdywałam w wielu z tych ruchów i pochłonęłam kilka książek na powyższe tematy. Kiedy wszyscy zaczęli wrzucać zdjęcia ze spacerów w lesie jako “slow weekend” mogłam powiedzieć – jestem slow, bo najlepiej wypoczywam w naszej chatce w górach boso chodząc po trawie.
Kiedy za slow life poszły teksty o uważności mogłam powiedzieć – jestem uważna, bo smakuję każdy posiłek, a dzięki jodze ćwiczę mój oddech i skupienie.
Kiedy minimalizm stwierdził, że bez sensu jest przywozić pamiątki z wakacji, a w ogóle to po co Ci 10 par spodni mogłam powiedzieć – jestem minimalistką. Pamiątek prawie nie mam, nietrafione prezenty przekazuję dalej, bo nie lubię aż tak obrastać w rzeczy. Ubrań nie mam wielu, a i tak noszę głównie ulubione. Moja kosmetyczka jest niewielka, a w Rossmannie kupuję tylko to, co mi potrzebne.

 

Ale kiedy w zeszłym roku blogi lifestyle’owe zaczęły zasypywać nas informacjami o hygge, stwierdziłam, że coś jest nie w porządku, a otoczenie zwariowało. Bo to nie jest tak, że jak przeczytamy książkę o CZYIMŚ sposobie na szczęście i lepsze życie to nagle to osiągniemy. To niemożliwe, żeby być minimalistą jeśli naszym marzeniem jest mieszkanie w domu z 4 sypialniami i kolekcjonowanie zestawów porcelany. Możemy podróżować w rytmie slow, ale po co, jeśli komuś sprawia radość realizacja intensywnego planu?
Możemy się interesować slow fashion i dążyć w tym kierunku, ale zakup jedwabnej bluzki z wyższej półki zamiast koszuli z sieciówki, nie czyni nas od razu slow – to tylko bluzka, użyteczny element naszego posiadania. Wykonanie danej czynności nie świadczy o tym, że nasze życie się zmieniło – jeśli coś robimy, bo ktoś napisał, że tak będziemy szczęśliwsi, ale nie podąża za tym nasze przekonanie i świadome wybory oraz życie, to po prostu wykonaliśmy jakąś czynność, która w obiektywnym spojrzeniu na nasze życie może być zupełnie przypadkowa.

 

Świat coraz częściej mówi: “Żyj jak chcesz”. I to jest bardzo dobry kierunek myślenia. Jednak trzeba uważać na to czy na pewno żyjemy swoim życiem, czy nagle marzenia lub priorytety innych osób nie stają się naszymi własnymi? Tak jak nie każdy lubi pracę w korporacji, tak też nie każdy będzie szczęśliwy, jeśli ją rzuci i pojedzie dookoła świata.
Wasze szczęście zależy od Was i czasem od sprzyjających sytuacji w życiu. Jeśli spędzacie wieczór z herbatą z torebki i pod zwykłym kocem z IKEA, ale czujecie się szczęśliwi to osiągnęliście hygge! To nie jest tak, że to hygge powoduje Wasz relaks – to Wasz relaks powoduje, że jest hygge. I podobna zasada działa również przy innych podpunktach – jeśli czujecie, że odpoczynek na łonie natury sprawi, że będziecie zadowoleni to warto się na niego zdecydować. Ale jechanie w polecane miejsce, żeby poczuć slow life może okazać się fiaskiem – Wasz sposób na szczęście i na życie jest w Was i powinniście dostosować do niego Wasze aktywności, a nie poczucie szczęścia do aktywności, które wybieracie.

 

Największą wartość jaką niosą ze sobą te filozofie to inne spojrzenie na życie, zwrócenie naszej uwagi, że można funkcjonować inaczej i skłonienie do refleksji. Część z nich zwraca także uwagę na dwa istotne aspekty:
– wewnętrzne skupienie oraz przemyślenia i analizę własnych potrzeb – do tego oraz do odpowiedzenia sobie czy wszystkie fragmenty życia składające się na naszą codzienność nas cieszą, prowadzi uważność,
– często nasze niezadowolenie bierze się również ze zbyt wysokich wymagań – uwalniając się od potrzeby posiadania i pozostawania przy tym co wystarczające znacznie łatwiej i szybciej możemy osiągnąć życie, które nas zadowala.
Ostatecznie tylko Wy możecie stwierdzić gdzie leży brak Waszego szczęścia i żaden poradnik nie zadziała jak magiczna różdżka.

 

Na koniec warto sobie zadać pytanie – może jestem już szczęśliwym człowiekiem, tylko tego nie dostrzegam? Może oczekuję zbyt wiele, bo nie da się być intensywnie szczęśliwym 24 godziny na dobę? I czy Skandynawowie z ogromnymi liczbami rozwodów, dużym odsetkiem samobójców i alkoholików oraz Japończycy ze swoim pracoholizmem to na pewno wzór szczęśliwych ludzi, do którego chcę dążyć?

Nie twierdzę, że powyższe idee są złe i nikomu nie pomogą w jego drodze do szczęścia, ale pamiętajcie, że idealny świat nie istnieje. A życie mamy tylko jedno i warto je przeżyć na swój sposób.

Jestem ciekawa jakie jest Wasze zdanie nt. modnych słów, slow life, hygge i kto z Was nagle odkrył w sobie minimalistę?

4 Replies to “Sprzedam sposób na szczęście”

  1. Szczęście to stan umysłu, a nie kolejne słówko będące tak naprawdę chwytem marketingowym, którego celem jest podniesienie sprzedaży określonych towarów. Do slow life zmusiły mnie problemy zdrowotne, hyggelig, i to bardzo, jest mój maleńki staropanieński pokoik, w którym nie znajdziesz nic skandynawskiego oprócz kremu do rąk Oriflame i jestem pewna, że tak samo określił by ten pokój mój młodszy brat w czasie, kiedy to on go zajmował. Minimalizm – im jestem starsza, tym mniej mi potrzeba do szczęścia, więc chyba mogę nazwać się minimalistką, jednak pamiątek nie wyrzucam. Slow food, celebrowanie posiłków, jedzenie bez pośpiechu – tak mam od dziecka, dzięki czemu zostałam okrzyknięta największym niejadkiem w rodzinie. Co jeszcze? Wszystko i nic, bo tak naprawdę każdy z nas jest miksem tych wszystkich sposobów na życie.

  2. ja to staram się czerpać coś z każdej filozofii, zdecydowanie wychodzi ( albo i nie) moja filozofia na szczęście ( albo na nieszczęście )-zależy od dnia. Raz jestem minimalistką, inną razem budzi się we mnie świecznik z hygge, a raz moje Ikagi dochodzi do głosu:)

  3. Zgadzam się z większością :) Po pierwsze- slow food i slow life- teraz widzę, jak bardzo są ważne. Celebrowanie chwil to też piękna sprawa, daje mi dużo radości i poczucie, że nie muszę niczego zmieniać, jestem w miejscu, w którym chciałam być. Generalnie- szczęście to drobiazgi codzienności :) Trzeba tylko umieć je dostrzec ;)

  4. Myślę, że stworzenie właśnego sposobu jest najwłaściwsze. W domu np. chciałabym minimalizm (meble, ozdoby), bo brak przestrzeni w mieszkaniu mnie frustruje. W samej szafie jednak nadmiar odzieży mi nie przeszkadza.
    Slow life cenię za sensowne kierunki działania choć niekiedy trudno wdrożyć je w życie.

Dodaj komentarz