Nowy Jork #2 – czy NYC to najlepsze miasto świata?

 

Jest 20 w Nowym Jorku, dla mojego organizmu – 2 nad ranem. Miałam nie spać, żeby łatwiej się przestawić, ale piątek wieczorem jestem tak zmęczona, że przespałam pół lotu. Zaraz powinniśmy lądować, ale odzywa się pilot z informacją, że musimy poczekać w powietrzu na swoją kolej. Po 45 minutach w końcu jesteśmy na ziemi. Tym razem musimy poczekać na swoją kolej na płycie – pracowity wieczór na lotnisku. Z ponad godzinnym opóźnieniem wychodzimy z samolotu, jeszcze czeka nas ‘imigracja’, ale najpierw pobiegnę do łazienki, a potem ustawimy się w kolejce…
A jednak nie pobiegnę, bo tuż za rękawem zatrzymuje nas obsługa i każe ustawić się w dwóch rzędach – jednym dla obywateli i posiadaczy zielonej karty, drugim dla osób przyjezdnych. Po chwili kolejka dla mieszkańców rusza, my czekamy dalej. W końcu po 20 minutach możemy iść. I kolejny wężyk, którego nie ogarniam, mam wrażenie, że obsługa też nie do końca, bo przepuszczają nas z jednej strony na drugą, ludzie, którzy byli przed nami gdzieś znikają, potem są za nami. Ostatecznie trafiamy do automatów (podobno) przyśpieszających proces, do których mogliśmy w zasadzie iść bez kolejki wcześniej… Teraz jeszcze czekanie do paszportowej i po kolejnej godzinie albo i półtorej od wyjścia z samolotu, w końcu wchodzimy na teren USA. To tylko połowa przygód na lotnisku, bo równie absurdalne kolejkowanie i dezorganizacja czeka nas również przed wylotem. Lotnisko JFK to tylko kolejna cegiełka, która dokłada się do obrazu Nowego Jorku.

 

Jaki jest Nowy Jork?

Nowy Jork jest miastem możliwości, miastem pełnym życia, najlepszych muzeów, ikon architektury, przedstawień na Broadway’u i miejscem, gdzie można spróbować kuchni z każdego zakątku świata. Doskonale znamy je z filmów i seriali, więc szybki marsz po Manhattanie z kubkiem kawy w ręku wydaje się być czymś zupełnie oczywistym. Kilkupiętrowe kamienice z zewnętrznymi schodami i balkonami ewakuacyjnym są na każdym kroku, a wieżowce przesłaniają świat.
Nowy Jork to malownicze wschody i zachody słońca, to Central Park, w którym można spędzić cały dzień, to wiewiórki rozkosznie biegające po każdym parku w mieście, to bajgle wielkości burgera na śniadanie i kawa na każdym rogu. To chłopak zarabiający tańcem ulicznym w wagonie metra, to niezwykłe widoki z kilkudziesięciu pięter czy biblioteka lepsza niż Hogwart. Nowy Jork to dzielnica chińska tuż obok włoskiej, a Williamsburg jest dzielony przez chasydów, latynosów i hipsterów.
Nic więc dziwnego, że miasto potrafi oczarować i dla wielu jawi się jako najwspanialsze miasto na świecie. Niestety, stety?, a może ‘po prostu’ – bez żadnego wartościowania – jednak nie jest to najwspanialsze miasto dla mnie.

 

 

 

 

Niewygody, o których mówi się mniej

Osoby, które śledzą mnie na Instagramie wiedzą, że wiele miejsc naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Podobnie też w ostatnim tekście opisałam kilka najlepszych wspomnień i miejsc. Myślę jednak, że dało się też wyczyta, że w przeciwieństwie do np. Japonii, Nowy Jork nie jest tylko zachwytem z mojej strony. Bo oprócz tych wszystkich momentów wymienionych wyżej, Nowy Jork to także ogromna i głośna metropolia. To oczywistość, o której doskonale wiedziałam – jednak dopiero na miejscu uderzyło mnie jak bardzo jest głośny, przez cały czas. Od pociągów, przez liczne syreny, trąbienie samochodów, do ludzi nie tylko rozmawiających przez telefon, ale oglądających filmiki bez słuchawek w metrze! Przyjeżdżając ze Szwecji, kraju z goła spokojnego, gdzie rozmawianie przez telefon w autobusie wiąże się z karcącymi spojrzeniami pasażerów, ciągły hałas może zmęczyć.

 

Nowy Jork to także niekończące się śmieci i brud z tym związany. Na pewno kojarzycie zdjęcia nowojorskich ulic pełnych worków na śmieci, i taka właśnie jest codzienność. Oczywiście nie ciągną się one kilometrami, ale występują praktycznie w każdej dzielnicy, o każdej porze dnia i nocy. To także losowe worki leżące na środku przejścia dla pieszych, czy rynsztok pełne tych śmieci, które wypadły z worków bądź kubłów albo po prostu zostały tam rzucone.
Można napisać, że duże miasta tak mają, że śmieci są wszędzie. Ale nie, nie są aż w takich ilościach. W Tokio byłam uderzona tym, jak schludne jest to miasto! W Nowym Jorku zastanawiałam się, jak ‘najwspanialsze miasto na świecie’ może tak tonąć w śmieciach? O ile w listopadzie był to tylko przykry widok, tak w lecie sytuacja podobno wygląda tak samo, a przy 35 stopniach dodatkowo odpowiednio “pachnie”.

 

To zniszczone budynki czy infrastruktura, w której ludzie żyją i nieraz płacą bajońskie sumy za mieszkania. To stare i zaniedbane metro, które funkcjonuje całkiem dobrze, ale dziwi, że w kraju kojarzonym z dobrobytem i technologiami, tak to wygląda.
To także brak toalet publicznych, które znajdują się w zasadzie tylko w parkach. Uderza także brak toalet dla klientów w niektórych knajpach czy kawiarniach. Przyznam, że wchodząc do takiego miejsca zawsze czułam się zmieszana – czy mam pytać o wejście na zaplecze?

 

W temacie restauracji – Nowy Jork to również miasto bardzo drogie. Jest to fakt, z którym liczyliśmy się planując ten wyjazd, jednak sprawdzenie tych cen na własnej skórze do przyjemnych nie należy.
Dodatkowo należy pamiętać, że w tych cenach nie ma wliczonego podatku. Niestety, w Stanach ceny w menu albo na ‘metce’ w sklepie to cena netto, do której należy doliczyć ‘tax’. Na ogół nie jest wysoki, bo 8-10%, ale przy nieco droższym zamówieniu jest to kilka dolarów różnicy.
Dodatkowym kosztem jedzenia na mieście są napiwki. W Stanach zwyczaj dawania napiwków jest rozwinięty aż do przesady, a sugerowane kwoty to ok 20% zamówienia. Oczywiście można nie płacić, można też zostawić kwotę znacznie mniejszą, w każdym razie, jeśli chcecie być w zgodzie ze zwyczajem to należy się liczyć z kosztami napiwku.
Biorąc pod uwagę dwa powyższe zwyczaje – do podstawowej ceny posiłku w zasadzie trzeba doliczyć 25-30%. To sprawia, że i tak wysokie ceny stają się jeszcze mniej przystępne.
To również atrakcje, których koszt wynosi 25-40 dolarów. Są miejsca nieco tańsze np. ogród botaniczny na Brooklynie za 15 dolarów, wiele miejsc ma darmowe godziny np. MoMA w piątki popołudniu lub jest za darmo np. New York Public Library, jednak na ogół za atrakcje trzeba zapłacić.

 

To szukanie kawiarni przez pół godziny, bo albo brakuje toalety albo brakuje miejsc, bo 80% stolików jest zajętych przez pojedyncze osoby z laptopami. Coś do czego zaczynam przyzwyczajać się również w Szwecji, ale co potrafi zirytować, kiedy chcę po prostu napić się kawy i odpocząć. Ale jeśli już usiądziemy i zamówimy kawę czy herbatę, to na ogół dostaniemy ją w kubku na wynos, który zaraz przy wyjściu się wyrzuca.
Kubki to tylko część “jednorazowego” problemu – na wynos dostaniemy pół opakowania serwetek i 3 torby opakowujące jedną kanapkę, które wspomogą tony śmieci. Mieszkając w Szwecji, gdzie ludzie są bardziej świadomi i mając bardzo dobry recykling, takie obserwacje uderzają mocniej.
Ostatecznie, to również oczekiwanie już wspomnianych napiwków, bardzo często za pół minuty obsługi. I o ile idąc do restauracji, gdzie obsługa trochę się napracuje, nie mam problemu z dawaniem napiwku, tak oczekiwanie 20% za nalanie kawy do kubka to przesada.
Podobnie zdziwiło nas dostanie rachunku bez pytania w momencie, gdy odłożyliśmy sztućce na puste talerze. Miałam wrażenie, że oczekiwane jest, że skoro zjadłam to mam już iść.

 

 

 

 

Czy warto odwiedzić Nowy Jork?

Skoro wymieniłam tyle negatywnych przykładów, czy w takim razie mi się nie podobało? Ależ nie! To, że opisuję także te mniej przyjemne strony miasta wcale nie oznacza, że było źle, dramat i nie ma po co jechać ;)
Podobało mi się i to bardzo! Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć Nowy Jork, bo jest niezwykle różnorodny, z bardzo ciekawą historią sukcesów i upadków. Natomiast cieszę się również, że gdzieś rozwiał się mit miasta idealnego. Gdzieś słyszałam, że to miasto zbudowane na pośpiechu. I właśnie takie mam odczucia. Przyjeżdżając ze Szwecji, kraju, który zbudowany jest na odpowiedzialności społecznej i gdzie ludzie dbają nie tylko o jednostki, ale także o swoje małe społeczności czy zwracają uwagę na ekologię, dostrzegam spory kontrast. Mimo tego kontrastu uważam, że jest to miasto warte odwiedzenia.
Nowym Jorkiem zdecydowanie można się zachłysnąć. Ja jednak mocno odczułam też negatywne strony życia w tak dużym, zachłannym i szybkim mieście.
Czy chciałabym tam zamieszkać? Nigdy w życiu! American Dream nie jest dla mnie, a gdybym miała takie marzenia – szybko bym się rozczarowała.
Czy kiedyś wrócę? Być może kiedyś. Na razie ten tydzień mi wystarczył i wiem, że jest jeszcze wiele więcej miejsc, które chcę odkryć zamiast wracać do NYC.

 

4 Replies to “Nowy Jork #2 – czy NYC to najlepsze miasto świata?”

  1. Ja bym pewnie dostała tam klaustrofobii ;) Zdecydowanie lubię miasta niż wieś-do życia, ale muszę mieć przestrzeń, a nie ciągi ulic, kamienic, wieżowców itp. Muszę mieć skwery, trawniki, drzewa itp. Dla mnie tam jest za betonowo i zbyt szkalnie :) Choć jest kilka miejsc gdzie poszłabym w ciemno :)

  2. Dobrze, że opisałaś też te negatywne strony, bo marzyło mi się zamieszkać kiedyś NYC :) Teraz jednak wiem, że w tym hałasie nie dałabym rady. Poza tym te wszechobecne śmieci też mnie odrzucają. Jednak marzenie o zamieszkaniu kiedyś w USA nadal pozostaje w mojej głowie ;)

  3. Rany, jaki tam jest klimat!!! Nawet mimo tych negatywnych kwestii, które się pojawiają, kocham to miasto i na pewno kiedyś je odwiedzę :)

  4. To pewnie przez ten hałas :-) Męczący, gdy jesteś tam tylko kilka dni, a gdy tam zamieszkasz, już go nie słyszysz. Tak myślę.

Dodaj komentarz