Na walizkach – schizofrenia językowa

 

Każdy z nas w szkole uczył się języka obcego – czy to rosyjskiego, francuskiego lub niemieckiego, choć jest spora szansa, że przede wszystkim był to angielski, najbardziej uniwersalny język świata. Języki, którymi się posługujemy, to fascynujący temat i zawsze mnie zadziwia ile ich wykształciło się na świecie, w jak różnych formach, ale także jak często można znaleźć w nich podobieństwa! Jednak jako uczniowie często nie przykładamy się do nauki języków tak, jak byśmy mogli. Bo cóż, o ile ktoś z nas nie ma planu by mieszkać w przyszłości za granicą lub pracować z językam, to ciężko w wieku szkolnym przewidzieć jak przydatna będzie znajomość języków obcych.
Liceum kończyłam będąc na poziomie C1/C2 j. angielskiego, co oznacza, że powinnam posługiwać się nim biegle. I choć w przypadku tekstów czy pisania od lat nie miałam problemów czy to gramatycznych czy ze słownictwem, tak kiedy miałam po angielsku mówić – czułam się lekko sparaliżowana. Dopiero kiedy okazało się, że szwagier L. nie mówi po polsku, więc w jego towarzystwie posługujemy się angielskim zaczęłam się czuć z nim swobodnie. Jednak w momencie przeprowadzki do Szwecji znów nieco ogarnął mnie strach językowy, bo angielski miał się stać moim językiem codziennym. Wśród wielu obaw istniała ta jedna zasadnicza – a co jeśli nie jestem wystarczająco biegła, by dostać pracę? Na szczęście dość szybko okazało się, że to nie jest problem, a ja zwyczajnie nie doceniłam siebie, bo nie trzeba mówić perfekcyjnie z brytyjskim akcentem, by język angielski był językiem głównym.

 

Oprócz angielskiego 6 lat uczyłam się niemieckiego i chociaż prawie zdawałam z niego maturę, bo umiałam się nim posługiwać na poziomie B1, to nie mając okazji do korzystania po skończeniu szkoły – praktycznie cały wyleciał mi z głowy. A w tej chwili mam wrażenie, że skutecznie zastępuje go szwedzki ;) Bo jak wiecie, dość szybko zaczęliśmy się z L. uczyć języka po przyjeździe po Szwecji. I choć dalej bardzo często nie umiem zrozumieć niczego (kiedy ktoś ma specyficzny akcent albo mówi bardzo szybko), to odnoszę też małe sukcesy – na swoim koncie mam 3 rozmowy rekrutacyjne w 90% po szwedzku. Z perspektywy roku w Szwecji widzę jak bardzo mieszkanie w obcym kraju pomogło mi z językami i pewnością ich używania, bo jeszcze kilka lat temu bałabym się cokolwiek powiedzieć po szwedzku znając go na obecnym poziomie i czasem musząc dopytywać po angielsku, kiedy czegoś nie rozumiem. Z drugiej strony, zauważyłam też jak czasem języki mieszają mi w głowie i o tym dzisiaj chciałam napisać.

W latach 60-tych XX wieku po raz pierwszy zostało zaobserwowane jak dwujęzyczność potrafi wpływać na osobowość. W toku przeprowadzanych badań okazało się, że dotyczy to nie tylko osób wychowywanych jako dwujęzyczne, ale także tych, które języka zaczęły uczyć się później. Okazało się, że mówiąc kilkoma językami potrafimy mieć… różne osobowości lub przejawiać różne zachowania mówiąc w innych językach. Innymi słowy – u osób posługujących się więcej niż jednym językiem na co dzień może wystąpić językowa schizofrenia.
Kiedy przeczytałam o tym zjawisku stwierdziłam, że faktycznie, w końcu rozumiem niektóre moje zachowania lub reakcje mojego mózgu.

 

Język ojczysty jest tak wbudowany w nasz mózg, że nie musimy słyszeć dokładnie słów, by w hałasie rozpoznać kogoś nim mówiącego. Bardzo często w metrze wydaje mi się, że słyszę polski i choć nie umiem rozpoznać ani słowa to podchodząc bliżej, okazuje się, że mam rację. Dodatkowo, kilka razy zdarzyło mi się rozpoznać Polaka po wypowiedzianym jednym słowie – specyficznie zaakcentowane “Aha” lub “No” sprawiło, że mój mózg uznał to za polski. I miał rację.
Język ojczysty to często również poczucie bezpieczeństwa. Czasem kiedy rozproszę się w rozmowie z koleżanką z pracy, przy której czuję się swobodnie, a kontekst naszej rozmowy niekoniecznie jest czysto zawodowy – potrafię odpowiedzieć jej po polsku. Niezależnie czy rozmawiamy osobiście czy do niej piszę. Zastanawiam się jak to jest możliwe, że myślę po angielsku, ale odpowiadam po polsku.

 

Co ciekawe potrafię też tak zrobić w drugą stronę – w trakcie rozmowy po polsku, odpowiedzieć po angielsku. Zdarza się to głównie w dwóch przypadkach: kiedy relacjonuję sytuację, która wydarzyła się po angielsku i mój mózg znów się w nią wczuwa. Oraz kiedy mówię o pracy. Pracuję głównie po angielsku (czasem z dodatkiem szwedzkiego, ale jednak łatwiej dla wszystkich, kiedy jest to angielski), więc tematy zawodowe mocno są już dla mnie powiązane z angielskim. O wiele trudniej jest mi wyjaśnić czym się zajmuję i z jakimi problemami się codziennie spotykam, kiedy mówię po polsku. Czasem potrzebuję chwili, żeby się zastanowić jak coś po polsku opisać, czy istnieje na to właściwe słowo.
I choć sama nieraz się śmiałam z osób, które mieszkając za granicą nagle podmieniały polskie słowa na angielskie to teraz doskonale rozumiem dlaczego – o danych tematach i kontekstach myślimy w konkretnym języku. Nie ma aż takiego znaczenia, że jestem Polką, jeśli daną tematykę znam tylko po angielsku. Czytając książkę o metodach priorytetyzacji zadań po angielsku w mojej głowie nie zachodzi proces tłumaczenia z angielskiego na polski. Nie, ja po prostu rozumiem angielski i internalizuję wiedzę w tym języku. Jeśli chcę się nią podzielić – najprościej jest dla mnie po angielsku. Opowiadając o tym zagadnieniu po polsku, niektóre fragmenty muszę wewnętrznie sobie przełożyć na polski. I wtedy bardzo często przenoszę konstrukcje gramatyczne lub tworzę zwroty, które w polskim… nie istnieją.

 

Kolejnym dziwnym momentem są zmiany języka, którego używam – kiedy nagle będąc w jednym kontekście przełączam się na inny. Choć na ogół sama zmiana języka jest dość płynna, to bardzo dziwnie się przy tym czuję. Chyba najmniej naturalne jest dla mnie odbieranie telefonu po polsku będąc w pracy. Zdarzyło mi się to kilka razy – wychodziłam z biura z kolegami, rozmawialiśmy po angielsku, a tu nagle dzwoni mój mąż, a ja… mam ochotę odebrać telefon po angielsku. Kiedy zaczynam mówić po polsku czuję się jakby ta sytuacja była trochę nierzeczywista.
Równie dziwne uczucie występuje, kiedy w biurze klienta spotkam kogoś z Polski i zaczynamy mówić naszym ojczystym językiem.
A jeśli zmieniam kontekst zbyt często – pisząc maila po polsku, ktoś zaczyna mówić do po szwedzku, ale zaraz przechodzimy na angielski, to chwilę mi zajmuje dojście do tego, którego języka powinnam używać.

 

A jak języki wpływają na moją osobowość? W przypadku “schizofrenii językowej” nie mówimy o zmianach typu “Dr Jekyll & Mr Hyde”, to raczej pojedyncze zachowania, które bardziej do nas pasują, kiedy mówimy danym językiem.
Zauważyłam, że w trybie “angielski” jestem bardziej bezpośrednia i asertywna, ale jednocześnie też zrównoważona. Nie umiem się tak złościć po angielsku, jak potrafię po polsku. Po części zwalam to na ubogi zasób słownictwa w tej kwestii w angielskim, bo polski zdecydowanie lepiej potrafi wyrazić towarzyszące mi emocje. O wiele łatwiej przychodzi mi też okazywanie radości “po polsku”.
Przyznam, że jeszcze nie zauważyłam jak wpływa na mnie szwedzki. Pewnie dlatego, że nie posługuję się nim wystarczająco dobrze, a często rozmowa po szwedzku wymaga ode mnie wysiłku – rozumienie, układanie zdań, a czasem tłumaczenie. Co ciekawe, to mówiąc po szwedzku najczęściej myślę… po angielsku. I w razie problemu i brakujących słów to właśnie z angielskiego sobie tłumaczę.

W tym wszystkim jednak najbardziej zadziwiają mnie możliwości mózgu – w kontekście języków jest to niesamowite narzędzie. Jak z niepewnej mojego angielskiego doszłam do etapu, gdzie oglądam film po angielsku ze szwedzkimi napisami w ramach nauki tego drugiego.
Obecnie mieszam w życiu codziennym 3 języki. I mam postanowienie, że jeśli wrócimy do Polski lub opanuję szwedzki wystarczająco dobrze, znów wrócę do niemieckiego. Choć czasem w mojej głowie panuje językowy zamęt, bardzo lubię rozumieć świat nie tylko po polsku.

12 Replies to “Na walizkach – schizofrenia językowa”

  1. Mnie fascynuje nauka języków i analizowanie, jak działają. Coraz bardziej uważam też, że ciekawsze jest poznawanie ich bez oderwania od kultury – poza angielskim, który traktuję jako narzędzie
    Czytałam też o teoriach, o których piszesz, choć u siebie trudno mi zauważyć zmianę osobowości, (może dlatego, że jednak komunikacja w obcych językach to tylko dodatek) – poza tym, że słowa po polsku odbieram mocniej. I czasami muszę się zastanowić nad polskim słowem, gdy normalnie używam obcego.
    Jeśli chodzi o swobodę komunikacji, pamiętam, jak się stresowałam rozmową o pracę z Włochem i jak uważnie redagowałam maila do niego – a potem oczywiście dostałam odpowiedź z błędami i trochę wyluzowałam. :) Generalnie mój angielski nie jest wybitny, ale w pracy często muszę go używać, więc obecnie stresowałaby mnie raczej rozmowa z nativem. Za to nie miałam specjalnej blokady przed dosłownym dukaniem łamanym hiszpańskim. :)
    Rozmowa o pracę w 90% po szwedzku brzmi nieźle. :)

    1. Nauka szwedzkiego w Szwecji to zupełnie inne doświadczenie niż to, co przeżyłam w szkole – kiedy język był przedmiotem do nauczenia się, a nie realną, użyteczną umiejętnością.

      No właśnie, często nam się wydaje, że musimy mówić perfekcyjnie, żeby posługiwać się językiem – a to nieprawda. Wiem też, że podejście niektórych moich nauczycielek było po prostu nieprawidłowe – latami ćwiczyłam głównie gramatykę i trochę słownictwa, ale na papierze. Dla mnie to w językach jest najprostsze – szybko dostrzegam wzory i gramatyka to tylko kolejny rodzaj równań matematycznych ;) Tymczasem to żywa praktyka pozwala na swobodną komunikację.
      Co do native’ów – północ Anglii mnie zmiotła ;) Jeśli ktoś jest z Ameryki, Australii lub ma taki typowy (filmowy) brytyjski akcent to sobie radzę, ale pamiętam jak byliśmy w okolicach Yorku u znajomych w kilku pubach – łatwo nie było ;)

      1. Dla mnie w szkole zdecydowanie za mały nacisk kładło się na wymowę i generalnie swobodne wypowiedzi ustne. (Pomijając, że do liceum poziom miałam dość niski i ciągle powtarzało się to samo…) Z nativem za to ostatnio rozmawiałam po angielsku na kursie, kilkanaście lat temu – co ciekawe, wydaje mi się, że mój poziom języka był wtedy wyższy, ale swoboda komunikacyjna przeciwnie, pamiętam ten stres przed ustną maturą. ;)
        Jeśli chodzi o naukę gramatyki czy w ogóle teorii, to jestem wielką zwolenniczką i uważam, że to pomaga, bo wystarczy właśnie zapamiętać kilka zasad i potem podstawiać do wzoru. ;) Najtrudniej przychodzi mi budowanie wypowiedzi – bo też samodzielnie trudniej to ćwiczyć i jednak wymaga najwięcej wysiłku…
        A jeszcze w temacie rozpoznawania Polaków: gdy za granicą na szlaku słyszałam dwóch ludzi rozmawiających po angielsku, byłam pewna, że jeden z nich to Polak i trafiłam – dało się poznać po sposobie mówienia. ;)

  2. Speaking anxiety, czyli strach przed mówieniem – moja zmora, przez którą ustną maturę z angielskiego, która miała być dla mnie formalnością, zdałam na ocenę dopuszczającą. I tak mam do dziś – strach paraliżuje mnie, gdy mam wypowiedzieć się po angielsku, a głupio mi mówić w stylu “Kali jeść, Kali pić”, bo wiem, że potrafię inaczej, więc w rezultacie nie mówię wcale. Myślałam, że pomoże mi praca z przyszłymi anglistami, gdzie było kilku native’ów, ale gdzie tam, jeszcze bardziej się stresowałam. Pewnie rozgadałybym się, gdybym zamieszkała na dłuższy czas gdzieś, gdzie angielski jest w codziennym użyciu, tyle że na obczyznę zupełnie mnie nie ciągnie.

    1. Ciekawa jestem czy to taka natura, że ktoś się boi czy może gdyby inaczej pochodzono do nauki to tych stresów byłoby mniej? To jest chyba najgorsze, że człowiek wie, że umie lepiej, ale strach go zjada.

      1. Nauka angielskiego nie była dla mnie stresująca, język wchodził mi bez problemu, tylko z wyjściem był kłopot. Może to dlatego, że od początku brakowało mi możliwości konwersacji – w szkole było tego mało, a znajomi nie chcieli rozmawiać po angielsku. Może to też mój perfekcjonizm, przez który wolę nie powiedzieć nic, niż powiedzieć źle. Może to moje jakieś wewnętrzne uwarunkowania – w szkole, nawet gdy byłam jedyną osobą w klasie, która znała odpowiedź na pytanie i miałam 1000% pewności, że odpowiedź jest dobra, niepytana nie wyrywałam się z nią.

  3. Wiesz, że czasem też się zastanawiam nad tym zjawiskiem językowym? :) Na świecie jest tyle różnych języków, którymi ludzie posługują się każdego dnia, każdy z nich jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. Piękne :)
    Od szóstego roku życia uczyłam się angielskiego, płynnie mówię w tym języku, trochę po rosyjsku, ale żałuję, że nie miałam szansy nauczyć się w szkole niemieckiego czy francuskiego (a niby najlepsze liceum w mieście!), Może jeszcze to nadrobię ;)

    1. Bardzo żałuję, że nas na niemieckim w liceum idiotycznie podzielili na grupy w klasie. Z jakiegoś absurdalnego powodu nauczycielka nie chciała (nie mogła?) rozdzielić dziewczyn, bo byłyśmy w mniejszości. A że część dziewczyn nie mówiła po niemiecku to grupa mieszana była grupą mniej zaawansowaną. Nie muszę chyba dodawać, że w grupie męskiej też nie było samych prymusów, więc w efekcie były dwie bardzo nierównomiernie zbudowane grupy. Ci, którzy zaczynali od podstaw – bardzo musieli nadrabiać, a ci (m.in. ja), którzy język znali “jako tako” zmarnowali masę czasu.
      Też najlepsze liceum w mieście ;) I to bardzo zaskakujące, bo angielski mieliśmy w systemie międzyoddziałowym tzn. na 4 klasy przypadało 8 grup na różnych poziomach i dzielono nas w skali rocznika w szkole, a nie tylko w klasie – rozwiązanie super, bo choć wymaga większej uwagi przy planowaniu lekcji, to wspomaga integrację między klasami i lepsze dopasowanie do swojego poziomu.

  4. Ja w ogóle jestem nieśmiała i w angielskim, chociaż znam i mówię płynnie, to publiczne mówienie jest dla mnie koszmarem ;) ale też dlatego, że ja po polsku nie lubię rozmawiać z obcymi ;) Choć wczoraj musiałam pomóc Cypryjczykom i musiałam się przemóc i rozmawiać za nich z obsługą w restauracji, ale ile mnie to nerwów kosztowało. Szkoda, że kiedy mówię po angielsku nie zmienia mi się osobowość :) Żałuję,że olewałam niemiecki, niby miałam 5, ale mogę tylko się przedstawić. Za to dobrze znam łacinę, ale z nikim nie pogadam ;)

    1. Ja również nie przepadam za rozmowami z obcymi ludźmi, a obcy język stresuje jeszcze bardziej. Okazało się jednak, że im więcej musiałam, tym łatwiej to przychodzi.
      O, łacina, ciekawie! Ja nie mam z nią nic wspólnego ;)

  5. Ja nadal nie mogę powiedzieć, że mój angielski jest na poziomie C1, mimo wszystko jakiś czas temu zeszły mi wszelkie opory przed mówieniem. Może trochę za sprawą podróży, może trochę ze względu na specyfikę poprzedniej pracy. Zaczęłam czuć się dobrze mówiąc po angielsku i trochę żałuję, że wcześniej się do niego nie przykładałam. Dopiero na studiach zaczęłam chcieć i faktycznie się uczyć. Bo zdałam sobie sprawę, że będzie mi potrzebny.

    Iii tak, faktycznie rozmawiając z kimś po angielsku jestem trochę inna – nadal swobodna, ale trochę inna. Inaczej myśli mi się po polsku inaczej po angielsku. I mam wrażenie, że tą angielską wersję siebie lubię bardziej.

    1. Poziom jest nieistotny, ważne, żeby się dogadać :)

Dodaj komentarz