Kanada #5 – Banff, Revelstoke i Glacier National Park (of Canada)

 

Po dniach pełnych wrażeń i niesamowitych widoków potrzebowaliśmy jednego, nieco spokojniejszego dnia. Po późnym wymeldowaniu się z hostelu uznajemy, że warto jeszcze chwilę eksplorować wioskę Lake Louise. Idziemy na krótki spacer wzdłuż rzeki w kierunku dawnego dworca kolejowego, który okazuje się być spacerem z podziwianiem susłów! Choć zwierzaki przyciągają sporo naszej uwagi, my powoli decydujemy się kończyć spacer i po szybkim drugim śniadaniu kierujemy się w stronę miasteczka Banff.
Jest to miejsce zdecydowanie bardziej popularne niż Jasper, nasi znajomi mieszkający w Kanadzie określili je jako odpowiednik Zakopanego, co dość dobrze oddaje jego turystyczny charakter. Dla mnie samo miasto jest w zasadzie pomijalne, choć oferta gastronomiczna jest lepsza niż na północy. Najładniejsze co Banff oferuje to jego okolice ☺

 

 

 

 

Ponownie zdecydowaliśmy się na nocleg na kempingu, tym razem Two Jack Main, leżącym nieopodal jeziora Two Jack. Po drugiej stronie drogi i tuż nad wodą jest jeszcze znacznie mniejszy kemping Two Jack Lakeside, niestety miejsca na nim rozchodzą się błyskawicznie. Nasz drugi kamping to znów kawałek lasu z miejscami pod namioty. Tym razem, niestety, nie ma pryszniców, ale znajdujemy dwie opcje zastępcze – wizytę na sąsiednim kempingu oraz wieczorny wypad na gorące źródła. Mimo to, znów cieszymy się z tego widoku lasu o poranku, wiewiórek skaczących nad głowami i cudownego zapachu drzew.
Przyznam, że tę część wyjazdu miałam nieco gorzej zaplanowaną. Uznałam, że po dwóch tygodniach wrażeń lepiej decydować spontanicznie zależnie od pogody i naszej ochoty. Jeden dzień postanowiliśmy przeznaczyć na okolice naszego kempingu, czyli jeziora Minnewanka i Two Jack oraz Bow Valley i trekking przed Johnston Canyon, który okazał się być jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc na naszej trasie. Na szczęście większość turystów kończy swoją wycieczkę maksymalnie po 3km, my zdecydowaliśmy się iść wyżej do źródeł, nazywanych Inkpots, bo przypominają nieco wodę z kolorowym atramentem. Kolejnego dnia obraliśmy kierunek na południe – Canmore oraz bardzo przyjemny i ładny trekking do Grassi Lakes. Na etapie planowania naszej podróży stwierdziłam, że może nam zabraknąć czasu na Canmore oraz Kananaskis Country i choć była to prawda to po odwiedzeniu Grassi Lakes odjeżdżaliśmy z niedosytem. Oboje zgodnie uznaliśmy, że przy takiej trasie jak nasza tak naprawdę moglibyśmy odpuścić bezpośredni rejon Banff i skupić się bardziej właśnie na Kananaskis lub za bazę wypadową wybrać Canmore. Jeśli kiedykolwiek jeszcze tu wrócimy to zdecydowanie będziemy chcieli lepiej poznać tę część Alberty!
Trzeci poranek w Banff oznaczał zwijanie namiotu i powolne kierowanie się ku Vancouver. Postanowiliśmy nieco zaszaleć i śniadanie zjeść w luizjańskiej knajpce, gdzie porcje są ogromne, a jedzenie nieco ciekawsze niż w innych knajpach. Mieliśmy też szczęście, bo będąc przed 9-tą bez problemu dostaliśmy stolik, niecałą godzinę później mialiśmy sporą kolejkę przy wyjściu. W Banff zaliczyliśmy kolejne pranie, zakupy pamiątek i trzeba było ruszać w drogę do Revelstoke!

 

 

 

 

 

 

Planując drogę nie chciałam od razu z Banff docierać do Vancouver, ale podobnie jak w trakcie drogi na północ mieć szansę poznać też inne okolice Kolumbii Brytyjskiej. Biorąc pod uwagę, że jadąc z Banff i tak przejeżdżamy przez Glacier National Park of Canada (zwracam uwagę na pełną nazwę, bo tuż przy granicy Kanada – USA w Montanie znajduje się dużo bardziej znany… Glacier National Park ;)) uznałam, że warto zatrzymać się w okolicy na dwie noce. Tym sposobem padło na Revelstoke i Stoke Hotel w budynku dawnego motelu, co było dla nas niezłą atrakcją. Zanim jednak dotarliśmy do Revelstoke, zatrzymaliśmy się po drodze przy krótkich spacerach poprowadzonych na drewnianych podestach („boardwalk”) wśród cedrów oraz choin, które dzięki dogodnym warunkom osiągają tutaj zawrotną wysokość. To jak magiczne się wydają takie lasy jest trudne do opisania, ale zawsze w takim miejscu mam wrażenie, że jestem w innym świecie, a zaraz zza krzaków wyjdą elfy!

 

 

 

Po zameldowaniu się w hotelu okazało się, że mają nawet darmowy busik dowożący gości do centrum miasteczka, więc skorzystaliśmy z okazji, bo dzięki temu mogliśmy wrócić pieszo i poznać okolicę. Dość przypadkowo wybraliśmy miejsce z kuchnią meksykańską, czy raczej z tacosami i burrito. Okazała się to świetna decyzja, bo wege burrito z chrupiącą cukinią było jednym z niewielu kulinarnych jasnych punktów tego wyjazdu.
Ostatni dzień w górach postanowiliśmy spędzić w parku lodowców. Szlak wybraliśmy w ostatniej chwili nie do końca wiedząc czego się po nim spodziewać. Stanęło na Great Glacier, który okazał się być naprawdę dobrym wyborem! Nieco ponad 4 kilometry w jedną stronę, umiarkowanie trudnego podejścia, które kończy się przy podłożu skalnym lodowca z widokiem na sąsiedni. Dobrych wspinaczy czeka tutaj gratka – idąc podłożem skalnym pod górę można dotrzeć pod sam lodowiec. Jest to jednak blisko 1,5km wspinania się po skałach. Ja niestety odpuściłam w połowie, bo wiedziałam, że moje kolano może zaprotestować w drodze powrotnej, która jest dużo bardziej obciążająca niż normalne schodzenie z góry. Za to L. wszedł na górę i był zachwycony tą trasą. Kiedy schodziliśmy w dół i dotarło do nas, że to był nasz ostatni trekking na tej wyprawie, a kolejnego dnia będziemy znów w Vancouver, zrobiło nam się smutno, że to już, tak szybko minęły te dwa tygodnie w drodze!

 

 

 

Zanim jednak ruszyliśmy w drogę powrotną czekała nas jeszcze jedna noc w Revelstoke, a jednym z udogodnień w naszym hotelo-motelu była gorąca „wanna” na patio dla gości. Zarówno tego typu wanny, jak i gorące źródła nie są rzadkością w tym rejonie, a możliwość odpoczynku w gorącej wodzie po całym dniu na szlaku jest wspaniała.
Tymczasem nieubłaganie przyszedł ostatni dzień naszego roadtripu, który spędziliśmy głównie w drodze. Choć nieco skróciliśmy sobie dystans do przejechania dzięki noclegom w Revelstoke, i tak czekało nas ponad 6 godzin w samochodzie. Wraz ze zbliżaniem się do Vancouver znów zaskakiwał nas krajobraz, a ja absolutnie nie miałam ochoty wracać do miasta. Odstawiliśmy bagaże do kolejnego AirBnb, a następnie pojechaliśmy oddać samochód. 2 tygodnie, 3058 kilometrów, godziny za kierownicą i przyznam, że trochę się przyzwyczaiłam do porannego pakowania plecaków na tylne siedzenia, wskakiwania do naszego Hyundaia i wyruszania w drogę. Były to niezwykłe chwile, które na długo zostaną w mojej pamięci. Roadtrip to sposób na zwiedzanie, który może uzależnić, ale najlepiej pozwala wykorzystać dostępnym nam czas.
Planując 3 tygodniowy wyjazd miałam poczucie, że mamy sporo czasu. Tymczasem na miejscu nawet nie zauważyłam jak szybko zniknął. Chwilę zajęło mi wrócenie do stanu nie bycia w drodze, do świadomości, że to już, za nami, a teraz ostatnie 3 dni i czas wracać do domu.

 

 

 

 

 

3 Replies to “Kanada #5 – Banff, Revelstoke i Glacier National Park (of Canada)”

  1. Powiem Ci, że widoki uzależniają, mogę się na nie patrzeć bez końca. Zaskoczyła mnie przyroda Kanady!

  2. O matko, co za widoki, co za miejsce, co za zdjęcia! :) Aż wprost człowiek chciałby się tam od razu przenieść!

  3. Ależ mi się podobają te Wasze podróże, o zdjęciach z nich nie wspominając :-)

Dodaj komentarz