Kanada #2 – Whistler, Joffre Lakes, Mt. Robson Provincial Park

 

Samochód zapakowany, zakupy zrobione, to oznacza tylko jedno: po 4 dniach w Vancouver możemy ruszać w drogę! Jest piękny, słoneczny dzień, przed nami 2 tygodnie w drodze, nasza ekscytacja sięga zenitu, a do tego w głośnikach ulubione w trasie “Never let me down again” (because I’m taking a ride with my best friend!).

Naszą trasę specjalnie zaplanowaliśmy w formie pętli, by zobaczyć jak najwięcej. Na początku kierujemy się na północ, by później odbić na północny-wschód, następnie na południe i wrócić na zachód. Dziś jednak cieszymy się, że to dopiero początek.

Pierwszy dzień został zaplanowany nieco spokojniej – wiedzieliśmy, że nie wyjedziemy bladym świtem, do tego L. złapało przeziębienie. Jeszcze w Vancouver opadają nam szczęki z powodu widoków (choć mi nieco mniej, bo dzisiaj prowadzę), a kiedy po wyjeździe z Vancouver wjeżdżamy na Sky-to-Sea Highway ciężko nam uwierzyć, że to dopiero początek. Z jednej strony góry, z drugiej ocean i wysepki archipelagu – bajka!

Na lunch zatrzymujemy się nad małym jeziorkiem tuż przy drodze, a naszym pierwszym przystankiem widokowym są Shannon Falls, które znajdują się niecałą godzinę od Vancouver. Po krótkim spacerze pod wodospady wsiadamy do auta i jedziemy dalej na północ.
Kolejnym przystankiem dość spontanicznie staje się wodospad Brandywine – praktycznie przez całą trasę co chwilę znajdują się punkty widokowe lub atrakcje, które warto zobaczyć. Nie ma opcji by zatrzymać się przy wszystkich, ale warto czasem zjechać z drogi!

 

 

 

 

Ostatnim punktem tego dnia są… niespodzianka, znów wodospady – Nairn Falls, znajdujące się pół godziny na północ od Whistler. Pół godziny spaceru wzdłuż rzeki i znów znajdujemy się pod niesamowitą formacją skał i wody. Siła tych wodospadów jest niesamowita!

Teraz tylko jeszcze powrót do Whistler, gdzie spędzamy pierwszą noc i możemy odpocząć. Tutaj zatrzymaliśmy się w Whistler Hostel Lodge, który okazał się być jednym z najciekawszych hosteli w jakich byliśmy – znajduje się na skarpie, wejść trzeba po dość wysokich schodach, ale całość robi wrażenie… domku na drzewie! Do tego łóżka, które nam kojarzyć się zawsze będą z Japonią.
Po ekscytacji związanej z naszym noclegiem pora na kolację – do miasteczka postanawiamy się przejść, w pubie trafiamy na transmisję finału NBA, a po kolacji, 100m od restauracji zauważamy niedźwiedzia pod lasem! Niewielkiego, ale pięknego czarnego niedźwiadka. Wow, a to dopiero pierwszy dzień roadtripu!

 

 

 

Dzień numer dwa jest zaplanowany jako zdecydowanie bardziej aktywny. Opuszczamy nasz super hostel z pewnym żalem, ale trzeba jechać dalej. Po godzinie drogi dojeżdżamy do głównego punktu dnia: Joffre Lakes Trail.

Opisywany jako jeden z najładniejszych szlaków w Kolumbii Brytyjskiej, więc wiedzieliśmy, że będzie dość zatłoczony. Niemniej, naprawdę warto go przejść, bo jest jednym z ładniejszych szlaków naszej wyprawy.
Umiarkowanie trudne 10 km w obie strony ciągnące się wzdłuż 3 jezior. Wg. opisu szlaku dotarcie do najwyższego powinno zająć ok 3h, jednak są to wartości mocno przesadzone. Nam całość wycieczki, wraz z licznymi przerwami na zdjęcia oraz jedną na posiłek, zajęła ok 3,5h, a ze względu na mnie, nie jesteśmy najszybszymi turystami na szlakach.
Nie mając dużo czasu i tak warto się zatrzymać, bo pierwsze jezioro znajduje się 5-10 minut od parkingu. Natomiast dopiero drugie robi naprawdę piorunujące wrażenie! Żałowaliśmy, że nie zabraliśmy strojów kąpielowych, choć woda była lodowata.

 

 

 

 

 

 

 

Po skończeniu szlaku nie mamy dużo czasu na odpoczynek – przed nami prawie 5h jazdy, a chcielibyśmy dotrzeć jak najszybciej. Obieramy kierunek na Clearwater, gdzie znajduje się Half Moon Guesthouse, nasz drugi nocleg. Przyznam, że w trakcie rezerwacji zakładałam, że kolejny dzień spędzimy częściowo w Wells Gray Provincial Park, dlatego wybrałam miejsce nieco oddalone od centrum miasteczka. Ostatecznie plany się zmieniły, ale niezależnie od nich możemy polecić również to miejsce – wyposażenie podstawowe, ale przemili właściciele i zwierzaki w okolicy. Oprócz psa i dwóch kotów, tuż za płotem spotykamy konie oraz kozy. A kolejnego dnia przy śniadaniu towarzyszą nam kolibry! Sielskość tego miejsca psują jedynie komary ;)

Zanim jednak do Clearwater dojechaliśmy mieliśmy okazję przejechać przez kanadyjski dziki zachód. Przyznam, że po dniu spędzonym w górach byliśmy zaskoczeni nagłą zmianą krajobrazu na upalne, suche stepy, kojarzące się bardziej z Arizoną niż Kanadą. Mijając kolejne gospodarstwa, wyjęte niczym z filmów, ciężko mi było uwierzyć, że naprawdę mamy okazję tędy jechać i zobaczyć taką różnorodność krajobrazu. Pod koniec dnia znów wjechaliśmy do bardziej zielonej krainy.

 

 

 

 

Znów po jednym noclegu musieliśmy się pakować i ruszać dalej. Dzień trzeci zaczęliśmy od dłuższej trasy, w kierunku Mt. Robson – najwyższego szczytu kanadyjskiej części Gór Skalistych. Po 2,5 godziny jazdy, za jednym z zakrętów nagle pojawił się ośnieżony szczyt, którego widok nas zaskoczył. Choć już od dłuższej chwili znów otaczały nas góry, Mt. Robson górujący nad okolicą zrobił na nas wrażenie. Tutaj czekał nasz kolejny szlak – tym razem bardziej spacerowy trekking do Kinney Lake, biegnący przez niecałe 5km w jedną stronę. Był kolejny pogodny dzień, więc szlak cieszył się sporą popularnością. Jednak nic dziwnego, bo i tutaj na końcu czekał wspaniały widok jeziora wśród gór. Nie jest to szlak, który koniecznie trzeba zaliczyć, ale jeśli tylko ma się na to czas to warto się tędy przespacerować.
Zaraz po wyjechaniu z parkingu, tuż przy drodze dostrzegliśmy kolejnego czarnego niedźwiedzia, który jak gdyby nigdy nic, chodził wzdłuż jezdni szukając jedzenia. Mogliśmy mu poświęcić tylko chwilę, bo czekała nas kolejna godzina jazdy – tym razem kierunek Jasper i Jasper National Park. Pierwsze miejsce, w którym zatrzymamy się na dłużej, a w ramach noclegu postawimy Villę de Namiot na Wapiti Campground.

 

 

 

 

2 Replies to “Kanada #2 – Whistler, Joffre Lakes, Mt. Robson Provincial Park”

  1. ale pięknie, coraz bardziej zazdroszczę tych widoków!

  2. Widoki zapierają dech w piersiach :-)

Dodaj komentarz