Japonia #7 – Kioto

 

Jeszcze tylko trzy dni. Trzy dni i będziemy musieli pożegnać się z Japonią. Staramy się więc nie tracić ani chwili i jak najlepiej poznać Kioto. Pierwszy dzień w tej okolicy poświęciliśmy na Arashiyamę oraz Fushimi Inari. Drugiego wybraliśmy się do Nary oraz na kolejny nocny spacer. Trzeci dzień rozpoczynamy od atrakcji, która bardzo szybko znalazła się na mojej liście – pchlim targiem, który odbywa się 21 dnia każdego miesiąca na terenie świątyni Toji.

Wsiadamy do autobusu – w Kioto znajdują się tylko dwie linie metra, więc zdecydowanie prościej jest poruszać się autobusami, choć te do punktualnych nie należą ;) Dzienny bilet turystyczny na autobusy kosztuje 500 jenów. Po kilkunastu minutach jazdy jesteśmy na targu, a ja znów mogłabym kupić wszystko! Ostatecznie wychodzimy z porządnym nożem, robionym najprawdopodobniej ręcznie i zakupionym na stoisku z narzędziami.

 

 

 

Następnie wracamy w nasze okolice, gdzie zgarniamy towarzyszy i kierujemy się do Ginkaku-ji, czyli świątyni zwanej Srebrnym Pawilonem. Wejście kosztuje 500 jenów i już po chwili jesteśmy na terenie świątyni zen. Choć sam budynek nie wyróżnia się niczym szczególnym, tak zielony ogród pełen mchu sprawia, że niesamowicie podoba mi się to miejsce.
Tuż obok Srebrnego Pawilonu znajduje się tzw. Ścieżka Filozofa. Jedno z najlepszych miejsc do podziwiania kwitnących wiśni w Kioto. Idąc nią co chwilę spotykamy drogowskazy na kolejne świątynie. My jednak zmierzamy do jednej konkretnej – Kodaiji. Trochę dlatego, że widzieliśmy już tyle świątyń, że zaliczanie wszystkich po kolei nie ma dla nas sensu, wolimy wybrać dwie, które wydają się najciekawsze niż 10, bo są po drodze. A trochę też dlatego, że wieczorem do Kioto przyjeżdża para naszych przyjaciół, z którymi chcemy się choć na chwilę zobaczyć.

 

 

 

 

 

Wieczór spędzamy siedząc nad rzeką i spacerując po mieście. Czas zbyt szybko ucieka, ledwo co się spotkaliśmy, a trzeba powoli się zbierać. Ponownie decydujemy się na kolację pod postacią automatycznego sushi, bo tak nam się spodobało.
Piątek to ostatnie kilka godzin w Kioto, a następnie transfer do Tokio. Na sam koniec zostawiliśmy sobie najładniejszą świątynię, choć również szalenie zatłoczoną – Kinkaku-ji, czyli Złoty Pawilon. Wow! Jest po prostu niesamowita. A po spacerze po jej terenie jedziemy do Pałacu Imperialnego. Nie mamy wiele czasu, jeśli chcemy jeszcze coś zjeść przed wyruszeniem w drogę, więc decydujemy się na spacer po jego terenie, ale odpuszczamy wycieczkę z przewodnikiem. Po pałacu jeszcze ostatnie sushi w Kioto, zakupy na drogę i lecimy na dworzec. Tym razem już idzie gładko – dworzec w Kioto jest przyjaźniejszy niż tokijski. Po blisko trzech godzinach jesteśmy znów w stolicy i tak jak dwa tygodnie wcześniej, kierujemy się na Asakusę.
Kioto, jesteś wspaniałe! Twoje świątynie, małe uliczki na Gion i przemykające Maiko zawsze będą w naszej pamięci. Ale to Tokio mnie zaczarowało i tutaj czuję się “jak u siebie”.

 

 

 

 

 

3 komentarzy

  1. Przepiękne zdjęcia. Takie miejsca bardzo lubię. Na stare lata wielbię te miejsca pełne przyrody, naprawdę mnie relaksują, nawet same widoki ;)

  2. Nic, tylko podziwiać zdjęcia i czekać na ciąg dalszy 😃

  3. Mam wrażenie, że na Japonię zawsze byłoby zbyt mało czasu, zawsze pozostałyby miejsca nieodkryte… Coś pięknego! :)

Dodaj komentarz