Japonia #6 – Arashiyama, Fushimi Inari i Nara

 

Dziś środa, zaraz żegnamy się z Hiroszimą i wracamy bardziej na północ – tym razem do Kioto, na które mamy 4 dni. Mimo próby wcześniejszej rezerwacji poranne pociągi do Kioto były tak obłożone, że zdecydowaliśmy się szukać szczęścia w wagonach bez rezerwacji. I ku naszemu zaskoczeniu, mimo bycia nastym w kolejce do wagonu udaje nam się załapać na miejsca siedzące i to parami! Jeszcze przesiadka w Shin-Osace i po dwóch godzinach jesteśmy w Kioto. Nasz pobyt w tym rejonie postanowiliśmy zacząć od pierwszej wycieczki poza miasto, czyli udać się do pobliskiej Arashiyamy, do której podróż zajmuje ok pół godziny w dworca głównego. Znów pakujemy plecaki do szafek na dworcu, kupujemy bento na lunch i lecimy na pociąg (korzystamy z JR pass).

 

 

 

 

Pogoda nam dopisuje, jest cudne słońce, a ja żałuję, że nie spakowałam żadnych krótkich spodenek. Zastanawiamy się czy w Arashiyamie nie wypożyczyć rowerów, ale nie wiemy czy w razie czego będziemy mieli gdzie je zostawić i rezygnujemy z tego pomysłu. Obieramy kierunek na atrakcję, która nas tutaj ściągnęła – bambusowy zagajnik. Zgodnie z przewidywaniami towarzyszą nam dzikie tłumy ;) a sam lasek nie robi na nas takiego wrażenia na jakie się nastawialiśmy. Być może jesteśmy nieco zmęczeni, być może to kwestia tego, że widzieliśmy już podobne miejsce i po rekomendacjach “największego tego typu” spodziewamy się czegoś… większego. Na szczęście postanawiamy wejść do Świątyni Tenryuji, która oczarowuje nas swoimi ogrodami. Po szybkim lunchu idziemy na spacer wzdłuż rzeki, a następnie wracamy do Kioto. Ponieważ jest wczesne popołudnie postanawiamy zaliczyć pierwszą z ponad 1600 świątyń tego miasta (spoiler: nie, nie zaliczyliśmy wszystkich ;)). Kierujemy się do Fushimi Inari – tutaj również docieramy pociągiem JR (Nara line), ale można dojechać również komunikacją miejską Kioto. Warto wspomnieć, że przystanek Inari jest tak popularny na tej trasie, że w przypadku pociągów pośpiesznych, które się na nim nie zatrzymują jest to pierwszy komunikat, który jest podawany po wejściu do wagonu.

 

 

 

Fushimi Inari to jedna z najbardziej popularnych świątyń w Kioto. Jest także jedną z najbardziej wyjątkowych, bo w jej skład wchodzi kilkanaście tysięcy bram torii, tworzących niezwykły korytarz. Przejście całego zajmuje ok 2 godziny – niestety, na szczycie oprócz satysfakcji nic “super wyjątkowego” nie czeka ;) Warto jednak wejść nieco wyżej, bo 95% turystów się wykrusza dość szybko, mimo tego, że nie udało im się zrobić zdjęcia bez ludzi. Zamiast stać gdzieś po drodze i czatować na 15 sekund przerwy w napływie turystów warto iść dalej, na górze jest znacznie przyjemniej.
Po powrocie do centrum czekała nas szybka kolacja i kierunek: noclegi! Tym razem wybraliśmy hostel Piece Hostel Sanjo i znów byliśmy zachwyceni. Praktycznie nowo wyremontowany, świetny design, bardzo przestronne łóżka, śniadanie w cenie noclegu, ręczniki w cenie oraz… poduszki o różnej miękkości. Jedyny minus to prysznice tylko w piwnicy budynku – toalety i łazienki z umywalkami były na każdym piętrze, ale pod prysznic trzeba było skorzystać z windy. Dodatkowo kilka minut od targu Nishiki.
Po krótkim odpoczynku odzyskaliśmy siły i wybraliśmy się jeszcze na nocny spacer w kierunku Gion – tradycyjnej dzielnicy, w której można spotkać gejsze!

 

 

 

Kolejnego dnia czekała nas wycieczka do Nary, pierwszej japońskiej stolicy. Nara słynie z parku, w którym oprócz standardowych świątyń, znajduje się także pełno jelonków! Chodź zwierzaki spacerujące między ludźmi to przyjemny widok, tak niestety Nara była najbrudniejszym miastem, jakie odwiedziliśmy. I przyznam też, że okazała się być miejscem dość zwykłym. Może był to nasz przesyt kolejnymi świątyniami, ale po zobaczeniu Todaiji, w której znajduje się największy Budda w kraju, a wchodzi się na jej teren przez największą, drewnianą bramę, nie mieliśmy za dużo ochoty na więcej zwiedzania.
Wycieczkę do Nary uratowała pewna niepozorna knajpka. Trzy stoliki, krótka lada i starsi państwo chodzący po restauracji w kaloszach. Przyznam, że gdybym nie znała rekomendacji to raczej bym tam nie weszła ;) Ale na szczęście Maguro Koya serwuje przepyszne sashimi z tuńczyka w różnych wariantach, a my zaliczyliśmy tutaj jeden z najlepszych posiłków w trakcie wyjazdu.
Wieczorem ponownie postanowiliśmy wybrać się na spacer i w ramach kolacji trafiliśmy do miejsca z automatycznym sushi. Zamówienia składane przez tablet, talerzyki przyjeżdżające na taśmie i zaskakująco niski rachunek. Żeby wieczór był jeszcze lepszy postanowiliśmy skosztować ulicznych naleśników – z bananem, truskawkami, śmietaną i sosem karmelowym. W niesamowicie cienkim cieście. To naprawdę był udany wieczór!

 

 

 

 

 

2 Replies to “Japonia #6 – Arashiyama, Fushimi Inari i Nara”

  1. Przepiękne zdjęcia. Aż chciałabym w te miejsca się przenieść :)

  2. Cudowne zdjęcia! Ta kwitnąca wiśnia, ten klimat, ludzie… Magia! :)

Dodaj komentarz