Japonia #5 – Himeji, Hiroshima, Miyajima (Itsukushima)

 

Poniedziałek, budzik dzwoni zbyt wcześnie, ale nie ma czasu na marudzenie – o 8 musimy złapać pociąg z głównej stacji Tokio. Obładowani plecakami, z parasolami pod ręką jedziemy metrem. Całe szczęście, że jest ledwo po 7, bo udało nam się zdążyć przed godzinami szczytu – wychodząc ze stacji 20 minut później mijamy fale elegancko ubranych Japończyków w drodze do pracy. Stacja Tokio trochę nas przerasta – jest ogromna, a my tracimy 15 minut z naszego półgodzinnego zapasu czasu na samym dreptaniu po dworcu za strzałkami na perony. Kolejne 5 minut wzdłuż pociągu do naszego wagonu znajdującego się prawie na końcu. Ale zdążyliśmy, jedziemy! Pierwszy przystanek na naszej południowej trasie: Himeji!

 

Zamek Himeji, najdroższy spacer po schodach i ceremonia podawania herbaty

 

 

Na przystanek w drodze do Hiroszimy wybraliśmy Himeji, słynne z jednego największych i najstarszych zamków (oraz budowli) w Japonii. Jego historia sięga lat 30-tych XIV wieku, a ulokowanie na wzgórzu sprawia, że zamek robi niesamowite wrażenie.
Na dworcu zostawiamy bagaże (choć można to też zrobić na terenie zamku, szafki są o połowę tańsze, ale jest też ich znacznie mniej) i ruszamy w kierunku zamku. Znajduje się 15-20 minut od dworca, więc widać go już z jego wnętrza. Zaraz po wyjściu na zewnątrz zaczyna padać deszcz, który będzie nam towarzyszył przez resztę dnia, ale my z każdym krokiem jesteśmy pod coraz większym wrażeniem. Wow! Ta budowla naprawdę jest niesamowita.

 

 

 

Bilet wejściowy jest dość drogi – 1000 jenów, 1040 w wersji z ogrodami (oczywiście wybieramy wersję z ogrodami), natomiast mamy szczęście, bo praktycznie nie ma kolejki do wejścia. W weekend, przy lepszej pogodzie to w zasadzie standard, że czeka się kilka godzin przed wejściem.
Sam zamek w środku niestety nas trochę rozczarowuje – co prawda drewniana konstrukcja robi wrażenie, ale dla osób niezwiązanych z architekturą to spacer po schodach na 5 piętro :p Tereny wokół zamku są dość przyjemne, a z powodu deszczu – puste. Mimo wszystko jesteśmy bardzo zadowoleni i następnie kierujemy się do pobliskich ogrodów. Przy wejściu znajdujemy informacje o ceremonii serwowania herbaty i od niej zaczynamy zwiedzanie. Ceremonia jest skrócona (stąd piszę tylko o serwowaniu), ale i tak jest to niezwykłe przeżycie. Nieco gorzej pod względem smakowym – dostajemy słodki poczęstunek zrobiony z ryżu i fasoli, który jest ciekawy, ale trochę nijaki (kojarzy mi się z masą cukrową) oraz bardzo intensywną matchę. Po herbacie zaczynamy zwiedzać ogród, który bardzo nam się podoba i trafia wysoko w moim rankingu japońskich ogrodów.
Po obiedzie kierujemy się na dworzec i jedziemy dalej, tym razem do stacji docelowej – Hiroszimy.
Jest już późno, strasznie leje, a my jeszcze musimy złapać autobus do hostelu. Dzięki pomocy google maps udaje nam się wybrać dobry kierunek i jedziemy. Chwilę przed 20 wchodzimy przemoczeni do J-Hoppers, a po lekkiej kolacji i szybkim planowaniu kolejnego dnia – idziemy spać. Tym razem śpimy w tradycyjny japoński sposób – na futonach.
Warto wspomnieć, że chociaż na pierwszy przejazd wybraliśmy autobus to później jeździliśmy tramwajami – Hiroshima ma największą sieć w Japonii, więc jest to wygodne rozwiązanie.

 

 

 

Hiroszima i Itsukushima

 

 

Wtorek rozpoczynamy od śniadania na wynos w malutkim parku. Kilka minut dalej znajduje się pierwsze miejsce, które chcemy odwiedzić tego dnia – Hiroshima Peace Memorial Museum oraz park o takiej samej nazwie. Jest to miejsce wyjątkowe i bardzo ważne, nie tylko w historii Japonii. 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 została zrzucona bomba atomowa na Hiroszimę, a kilka dni później na Nagaski. W wyniku wybuchu bomb oraz na skutek promieniowania, zginęły dziesiątki tysięcy ludzi – dokładne liczby nie są znane, bo wraz z miastem zniknęła cała jego dokumentacja, a i śledzenie chorób popromiennych nie jest łatwe.
Jeśli kiedykolwiek mieliście okazję odwiedzić muzeum w obozie koncentracyjnym to możecie się domyślić jakie materiały przedstawia to w Hiroszimie. Przyznam, że mimo tego, że wiedziałam co zobaczymy i pamiętałam moją wizytę w Oświęcimiu to muzeum bardzo mnie poruszyło. Żyjąc w bezpiecznym świecie, w jakim żyję, nie da się uodpornić na tego typu wrażenia. Wiem, że nie tylko ja mocno przeżyłam tę wizytę, bo wielu ludzi wychodziło płacząc.
Po muzeum czekał nas jeszcze spacer po parku i pod Pomnik Pokoju – budynek, który nie został zniszczony całkowicie dzięki swojej stabilnej konstrukcji. Na poniższym zdjęciu znajduje się The Children’s Peace Monument, upamiętniający wszystkie dzieci, które zginęły w wyniku ataku i chorób popromiennych. Postać na pomniku trzyma żurawia origami – symbol pokoju, długiego życia i szczęścia. Związany jest z Hiroszimą z powodu małej dziewczynki chorującej na białaczkę, która wierząc japońskiej legendzie, chciała złożyć 1000 żurawi zapewniając sobie tym zdrowie. Niestety nie udało jej się to, a choroba ją pokonała.

 

 

Nasz dalszy plan zakładał wycieczkę na pobliską wyspę Itsukushimę. Cała nasza czwórka nastroje miała dość poważne, więc podróż tramwajem pomogła nam nieco dojść do siebie.
Na wyspę dopływa się promem (są dwie linie, jedna z nich to JR, którą pokrywa JR Pass) ze stacji Miyajimaguchi. Na stację można dostać się pociągiem JR lub tramwajem – dla nas wygodniejszy był tramwaj, który kosztuje 260 jenów w jedną stronę.
Największą atrakcją wyspy przyciągającą turystów jest ogromna brama torii stojąca w wodzie. W momencie odpływu da się do niej podejść, a w trakcie przypływu pięknie prezentuje się na tle niebieskiej wody. My płyniemy promem w trakcie przypływu, więc już z wody podziwiamy “zalaną” bramę. Jeszcze większe wrażenie robi z brzegu. Pogoda jest piękna, a zapach wody od razu budzi wakacyjne skojarzenia. Przechodzimy przez świątynię, zjadamy szybki lunch i naszym kolejnym celem staje się szczyt wyspy – Misen.

 

 

 

Trekking na Itsukushimie nie jest najbardziej popularną atrakcją, a jeśli już to turyści wybierają kolejkę. My decydujemy się wspiąć, a dopiero ze szczytu zjechać kolejką. Są trzy trasy wiodące na szczyt – Momiji Dani (najkrótsza, ale i najbardziej stroma), Omoto (najdłuższa) oraz Daisho-in (pośrednia, ale podobno najładniejsza). My wybieramy ostatnią i zaczynamy wspinaczkę, mimo tego, że jest już po 15 i musimy się sprężać. Wejście zajmuje nam 1,5 godziny. Na szczycie nie mamy dużo czasu, bo musimy lecieć na kolejkę – ostatni zjazd jest o 17:30 i przychodzimy prawie w ostatnim momencie (kto by się spodziewał, że kolejka na szczyt znajduje się blisko pół godziny od niego).
Wymęczeni, ale zadowoleni wracamy do Miyajimy, a tam czeka na nas brama w trakcie odpływu i zachodu słońca. Niesamowity widok! Staram się jednak nie przedłużać moją sesją i po szybkich zakupach pamiątek lecimy na prom, a następnie na tramwaj. Na kolację chcemy zjeść słynne hiroszimskie okonomiyaki – ni to placek, ni to omlet z dodatkami. Ostatecznie trafiamy do restauracji specjalizującej się w ostrygach i to właśnie nimi oraz okonomiyakami zajadamy się tego wieczoru. Mimo wielu emocji oraz wrażeń, ten dzień będzie jednym z naszych ulubionych.

 

 

 

4 Replies to “Japonia #5 – Himeji, Hiroshima, Miyajima (Itsukushima)”

  1. Wspaniały dzień! Piękne zdjęcia, przeniosłaś mnie do Japonii :)

  2. wow, piękny zamek! w ogóle niesamowite zdjęcia :)
    a z tym czekaniem w kolejce do wejścia – nie da się kupić biletów przez internet?
    My zawsze patrzymy, bo czekanie w kolejkach to totalne marnowanie czasu, który można poświęcić na zwiedzanie :)
    na muzeum obozu koncentracyjnego chyba bym się nie zdecydowała. Wizyta w oświęcimiu wywarła na mnie ogromne wrażenie, pamiętam to jakby to było wczoraj :(

    1. Niestety się nie da, też na ogół to nasza pierwsza myśl. W Japonii, mimo całej automatyzacji wielu procesów, dalej istnieje sporo skostniałych rozwiązań.

  3. Choć w Oświęcimiu nie byłam, to i tak jakoś dziwnie zrobiło mi się czytając o muzeum w Hiroszimie. Poza tym – widoki piękne.

Dodaj komentarz