Gruzja #7 – Wardzia i Bordżomi

Rano wstajemy i zaczynamy szykować śniadanie. Kuchnia nie zachęca, ale dusimy nasze europejskie, mieszczuchowe przyzwyczajenia. Tak naprawdę ja mam ochotę jak najszybciej opuścić to miejsce.
Dzień wcześniej przy pomocy syna(?) gospodarza, który mówił po angielsku ustaliliśmy, że koło 10-tej chcielibyśmy transport do Wardzi, kolejnego skalnego miasta. Marszrutka kosztuje 5 lari w jedną stronę – dla nas w sumie 40, a taksówka to ok 50-60 lari. Zostaje uzgodnione, że kierowca będzie.
Na wyjściu okazuje się, że zawiezie nas… gospodarz. Z jednej strony w sumie to żadna różnica, z drugiej – czytałam na bookingu, że już nie raz był dogadany transport, a rano okazywało się, że coś się stało i to właśnie on kierował. Wydaje mi się, że to u niego dodatkowy sposób na zarobek.
Ładujemy się z bagażami do samochodu i jedziemy. Dojazd do Wardzi zajmuje nam ok 45 minut. Po drodze mijamy twierdzę Chertwisi, a niedługo później naszym oczom ukazuje się skalne miasto-klasztor. Wysiadamy z samochodu, pan na nas poczeka z bagażami, a my idziemy na wycieczkę. Wstęp do obiektu kosztuje 3 lari.

Sam kompleks został wybudowany na przełomie XII i XIII wieku. Podobno początkowo miały to być koszary dla wojsk, jednak dość szybko został przekształcony w klasztor. Na 13 poziomach było utworzonych ponad 3000 komnat z licznymi korytarzami wydrążonymi w skałach, kaplicą czy dzwonnicą. Normalnie mieszkało tam ok 20 tys. osób, jednak w chwilach zagrożenia, kiedy miejscowi szukali tam schronienia, mieściło się nawet 50-60 tys. osób. Niestety przez zniszczenia spowodowane m.in. przez trzęsienie ziemi obecnie dostępnych jest ok 300 komnat.
Do pierwszych z nich dostajemy się idąc asfaltową drogą pod górę. Oczywiście jest też opcja podwiezienia busikiem (chyba 10 lari) – trzeba spytać w kasie.Na początku pojedyncze jaskinie nie robią na nas wrażenia, ale im dalej idziemy tym robi się coraz ciekawiej. Kiedy dochodzimy do bramy i przez nią przechodzimy przed nami rozpościera się niesamowity widok. Wow!
Staramy się rozgryźć, które z wydrążonych dziur do czego służyły mieszkańcom tego niezwykłego miasta. Przechodzimy ciasnymi tunelami i już rozumiemy dlaczego jest zakaz wstępu z dużymi plecakami – dość łatwo byłoby się tu zaklinować.
W samym kompleksie, jak i na parkingu są praktycznie sami Polacy – dwa autokary wycieczkowe oraz wyprawa motocyklistów. Przejście całego kompleksu zajęło nam ok 2 godziny – idzie się w jedną stronę, a wraca się wybrukowaną ścieżką na parking, jednak zanim do niej dotrzemy trzeba pokonać dość strome schody z kamienia.

 

 

 

Wracamy do naszego kierowcy i jedziemy z powrotem do Achalciche. Pan podrzuca nas do Rabati i proponuje, że za kolejne 40 lari zawiezie nas do Borjomi – naszego kolejnego punktu w planie. Stwierdzamy, że nie trzeba – poradzimy sobie z marszrutką.
Po obejrzeniu twierdzy, o której pisałam ostatnio, schodzimy w dół. W pierwszej restauracji po drodze jemy obiad i kierujemy się na dworzec. Znów mamy więcej szczęścia niż rozumu, bo na samym jego początku zaczepia nas grupa panów 50+ i pyta się dokąd. Okazuje się, że do Borjomi odjeżdżają właśnie stąd i to za 15 minut, a my idąc w pelerynach z kapturami zaciągniętymi na głowy prawie przegapiliśmy ten mały, pomarańczowy budynek. Marszrutka kosztuje 3 lari od osoby.
W niecałą godzinę docieramy do Borjomi, miasta uzdrowiskowego, jednego z ulubionych miejsc Romanowów (do dziś jest tutaj pałac ich imienia, który obecnie jest hotelem) i skąd pochodzi najbardziej znana gruzińska, jak i sowiecka woda, o tej samej nazwie.Dalej pada, ale o wiele lepiej nam się tu oddycha. Wysiadamy w takim miejscu, że omijamy naganiaczy. Cofamy się do kantoru, a potem idziemy szukać naszego apartamentu. Znów wspomagając się pytaniami do miejscowych odnajdujemy Villę Lazika i jesteśmy zdumieni. Być może to przez kontrast z poprzednim miejscem, ale tym razem śpimy w zupełnie nowym i bardzo czystym apartamencie w takiej samej cenie. Z pełni wyposażoną kuchnią, wygodnymi łóżkami i w którym jest ciepło! Gdyby tego było mało chwilę później przychodzi córka gospodarza z mężem i wita nas piękną polszczyzną – okazuje się, że robiła magisterkę w Katowicach. Świat jest mały :) Do tego butelka domowego wina i nasz wczorajszy nastrój już zupełnie się ulotnił. Gdybym miała polecić jeden nocleg z tych, gdzie byliśmy to właśnie ten. Po rozpakowaniu i puszczeniu prania ruszamy na spacer. Jest już ciemno, ale nam to nie przeszkadza.
Żeby nie było tak zupełnie kolorowo to kolejnego dnia rano okazuje się, że nie ma prądu, co krzyżuje nam trochę plany na dalsze zwiedzanie. Okazuje się też, że wbrew temu co widnieje w przewodniku, z Borjomi nie jeżdżą żadne marszrutki do Kutaisi. Decydujemy się na szybki spacer do Parku Zdrojowego, który okazuje się być bardzo przyjemnym miejscem (wejście 50 tetrisów). Na ulicach słychać miarowy dźwięk pracujących generatorów, a miasto powoli wraca do pracy.

 

 

 fot. O tym, że czasem warto zdjąć filtr UV do zdjęcia ;)

 

Pakujemy się i idziemy na dworzec – pierwszy cel to Chaszuri w cenie 2 lari od osoby. Bez większego problemu znajdujemy marszrutkę i sprawnie docieramy do miejsca przesiadki.
Dość szybko podchodzi do nas pan i pyta się czy jedziemy do Kutaisi. Ma mini-vana, a wiedząc od naszych gospodarzy, że to równie popularny środek transportu z tego miejsca to za nim idziemy. Płacimy po 10 lari od osoby – trochę sporo, ale z drugiej strony samochód jest dość wygodny. Po kilku minutach pan przychodzi znowu i mówi, że jest marszrutka, która jedzie teraz i mamy się przesiąść. Łapiemy bagaże i idziemy, natomiast kątem oka kolega dostrzega jak kierowca dostaje tylko 20 lari za naszą czwórkę. Nie mamy czasu ani możliwości językowych, żeby się kłócić. Trudno, dla nas nauczka, dla Was ostrzeżenie – pieniądze przy takich manewrach zawsze powinny do Was wrócić, żebyście sami zapłacili. Niestety, przy okazji trafiliśmy na najgorszą marszrutkę tego wyjazdu. Pomiędzy kartoflami a cebulą, z silnikiem, który dusił się cały czas i co 20 kilometrów robiliśmy postój, kiedy kierowca wychodził, dolewał wody, stukał śrubokrętem i na kolejne 20 kilometrów był spokój. W ten sposób mieliśmy do przejechania 100 kilometrów. Całe szczęście, że był zapas czasu ;)
Po minach innych pasażerów widzę, że nie tylko my wątpimy w szczęśliwy dojazd na miejsce. Na szczęście i z naprawdę niewielkim opóźnieniem dojeżdżamy. Kutaisi po raz kolejny nie robi na nas wrażenia. Chcemy mu dać szansę i pójść gdzieś na obiad, ale wszystkie polecane miejsca są po drugiej stronie miasta. Do tego znów zaczyna lać. Stwierdzamy, że odpuszczamy i zachowujemy się jak zmęczeni turyści – idziemy do McDonald’s, które znajduje się w samym sercu miejscowego dworca.

 

 

 

Po posiłku decydujemy się jechać prosto na lotnisko. Biorąc pod uwagę, że samolot mamy o 6 rano to na lotnisku musielibyśmy być o 4, więc uznaliśmy, że noc spędzimy w porcie lotniczym. Na szczęście lotnisko w Kutaisi świetnie się do tego nadaje – poczekalnia pomiędzy odlotami a przylotami to dość duże wnęki wyłożone miękkimi materacami, na których bez problemu można spać. Widzieliśmy kilka śpiących osób po naszym przylocie, więc nie przejmujemy się ewentualnymi problemami. Okazuje się też, że w przeciwieństwie do wielu europejskich miejsc, gdzie ochrona w nocy źle reaguje na śpiochów, tutaj nikt nie ma z nami najmniejszego problemu. Jedyna niewygoda to dwa przyloty w okolicy północy, kiedy wzmaga się hałas.
Jeśli również chcielibyście zaoszczędzić na ostatnim noclegu w ten sposób to pamiętajcie, żeby przyjechać w miarę wcześnie tj. koło 18-19, bo później może już nie być miejsca.

O 4 rano zaczynają nas budzić pasażerowie porannych odlotów, więc po zebraniu się i porannym ogarnięciu idziemy w kierunku kontroli.
W Kutaisi nie ma możliwości używania mobilnych boarding passów. Niestety przy podejściu do pierwszego pracownika okazuje się, że te wydrukowane samodzielnie w domu również nie są akceptowane. Jest to dość absurdalne, ale przechodzimy do kolejki do bramek odprawy. Na szczęście najdłuższy wąż wije się do okienka odpraw do Warszawy, a nasza kolejka do Mediolanu jest dość krótka. Po kilku minutach i obserwacji kilku zabawnych dyskusji z pracownikami, że jak to pani nie może oprócz walizki zabrać torebki na pokład czy szybkim przepakowaniu bagażu (bo za ciężki) dostajemy właściwe karty pokładowe i idziemy na kontrolę. Gruzini są dość podejrzliwi w stosunku do naszych kosmetyczek i toreb wypchanych sprzętem fotograficznym, ale przechodzimy dalej. Chwila oczekiwania i idziemy do naszej bramki. Cudem udaje nam się przecisnąć z naszym pierwszeństwem wejścia, a potem zaczyna się robić zabawnie. Najpierw dwie osoby się nie dogadały i pani przy drzwiach wpuściła część pasażerów na płytę, chociaż nie powinna. Następnie możemy obserwować Gruzinów w samolocie i wierzcie mi, obciachowe zachowania Polaków to nic w porównaniu do tego co widzimy. Przepychanie się (bo nie można poczekać), ładowanie się do samolotu z kilkoma torbami obwiązanymi folią stretchową (co jest nieporęczne, ciężkie, a po rozsupłaniu tego pakunku sprawia, że pasażerowie muszą wchodzić i wychodzić kilkakrotnie z samolotu, bo mają zbyt dużo bagażu), rodzice nie umiejący okiełznać swoich dzieci (w wieku szkolnym), które ciągle chodzą po samolocie i nokautują wszystkich pasażerów siedzących przy przejściu, brak respektowania informacji o zapięciu pasów i notoryczne wstawanie do góry w trakcie lądowania oraz tuż po znalezieniu się na ziemi, o klaskaniu już nie wspomnę ;) Na koniec, bardzo zirytowana załoga pokładowa, informuje nas, że wszyscy mają siedzieć, bo i tak nie wyjdziemy dopóki nie przyjedzie policja. Po kilku minutach pada prośba, by osoba, która paliła w toalecie(!) się przyznała i wyszła do policji. Nikt nie wstaje, po chwili przychodzi funkcjonariusz i wraz z obsługą szukają winowajcy. Okazuje się, że to jeden z panów, który w dzikim pośpiechu przesiadał się z przedniej części samolotu do tylnej w trakcie lądowania. Po chwili pan wraca, a my możemy wysiadać z samolotu. Decydujemy się poczekać aż przeleje się gruzińska fala – z resztą i tak taki tłum stoi w przejściu, że nie ma szansy na wyciągnięcie naszych plecaków. Na koniec spokojnie udaje nam się wyjść, kolega zagaduje jeszcze stewardesę, która z rezygnacją mówi, że to całkiem normalne na gruzińskich lotach, że ktoś pali w toalecie.
Na szczęście przy kontroli paszportowej okazuje się, że jako mieszkańcy Unii możemy przejść innymi bramkami niż reszta pasażerów. Jesteśmy we Włoszech i w ten sposób kończymy naszą gruzińską przygodę.

5 Replies to “Gruzja #7 – Wardzia i Bordżomi”

  1. Przygoda ciekawa i pełna wrażeń, pewnie długo o niej nie zapomnicie.

  2. Ale cudowne miejsca! I tyle przygód!
    Dla mnie ta Wasza relacja to trochę jak mini przewodnik po Gruzji, bo my też się wybieramy :)

    1. Oooo, to w takim razie czekam niecierpliwie na Wasz wyjazd i górę pięknych fotek! Jest jeszcze druga strona kraju, na którą zabrakło nam czasu. Szczególnie ciekawie brzmiał rejon Mestii – jeśli lubicie chodzić po górach to podobno są tam wspaniałe trasy trekkingowe.

    2. A, i gdybyś miała jakieś pytania organizacyjne to pisz śmiało, może będę mogła pomóc :)

  3. Jeju ale piękne zdjęcia ! wspaniała przygoda :)

Dodaj komentarz