Gruzja #6 – lot VanillaSky oraz Achalciche

W trakcie jednej z rozmów przed wyjazdem ktoś rzuca informację o małych samolotach latających przez Gruzję. Od razu kojarzę wpis Mus Mozołu o ich gruzińskiej przygodzie, więc zaczynamy zgłębiać temat i po rozważaniu kilku opcji decydujemy się na lot z Tbilisi to Kutaisi wraz z VanillaSky.
Pierwszą myślą był lot do Mestii, ale raz, że znaczne mniej pewna pogoda (a w przypadku niesprzyjających warunków loty mogą być odwołane), a dwa, że kolejnego dnia musielibyśmy rano wracać do Kutaisi – niewiele byśmy na tym zyskali.
Koszt lotu z Tbilisi do Kutaisi to 50 GEL za osobę. Sam lot trwa 45-50 minut (droga marszrutką lub pociągiem spokojnie 4 godziny).
Bilety rezerwowaliśmy około 2 tygodnie przed lotem i zrobiliśmy to drogą mailową, ponieważ formularz na stronie pozwala tylko na rezerwację pojedynczych miejsc. Loty na tej trasie są we wtorki i czwartki o 9:30.

fot. Na lotnisku

Mając wszystko zaklepane opuszczamy sprawnie hostel chwilę po 7 rano. Punkt zbiórki, skąd mamy zostać zawiezieni na lotnisko to McDonald’s przy metro Rustaveli. Zbiórka jest o 7:45, ale my przychodzimy już koło 7:30. Siedzimy i czekamy, nieco mokniemy, kawy napić się nie da, bo McDonald’s czynny od 8 rano ;) Koło 7:40 zaczynamy się niepokoić, bo nie widać busika, o którym pisała pani w mailu. Zaczynamy pytać okolicznych taksówkarzy, ale nikt nic nie wie – jedyna droga na to małe lotnisko (jego nazwa to w zasadzie Natachtari) to taksówka.
O 7:50 busa dalej nie ma, więc dzwonimy (lokalne połączenia 10zł/minuta) na numer podany w rezerwacji. Po chwili odbiera zaspana pani i bardzo zdziwionym głosem mówi, że przecież lot do Mestii jest dopiero popołudniu, więc jeszcze pełno czasu. Na informację, że chodzi o Kutaisi wydaje się być jeszcze bardziej zaskoczona, prosi jednak o informację na temat rezerwacji i rozłącza się by ją sprawdzić. Po chwili oddzwania – faktycznie, mamy lecieć do Kutaisi, za 10 minut przyjedzie po nas taksówka.
Samochód jest nawet szybciej, pakujemy się i jedziemy. Docieramy do malutkiego portu lotniczego, który w zasadzie jest pusty. Pan, który nas odebrał razem z taksówkarzem sprawdza nasze dowody i prosi o bilety – ups, nie mamy, mail miał być wystarczający. Prosi zatem o maila z rezerwacją i komentuje to krótko: “Nina, of course…” – najwyraźniej nie jesteśmy pierwsi, którym pani Nina (z którą się komunikowaliśmy mailowo) namieszała w rezerwacji.
Bagaże zostają zważone i przepuszczone przez skaner, my przechodzimy przez bramkę wykrywającą metale, która jest wyłączona i po spytaniu czy możemy zabieramy ze sobą nasze 1,5l wody ;) Oprócz nas na lotnisku pojawiają się jeszcze dwie osoby – będziemy lecieć w szóstkę, choć samolot mieści osób 17 czy 18.
Wychodzimy na płytę lotniska, a tam po pasie startowym biegają sobie… konie. Widzieliśmy je już przed budynkiem, ale widać ogrodzenie nie jest na tyle szczelne, by je tam zatrzymać.
fot. Maszyna z lewej to nasz samolot!

 

Wsiadamy do samolotu, zajmujemy miejsca i zaczyna mi się robić słabo od spalin. Mam nadzieję, że szybko wystartujemy, bo wtedy jest szansa, że się rozwieją. Na szczęście tak się dzieje i po chwili jesteśmy w powietrzu, a ja czuję się dobrze. Lecimy znacznie niżej niż duże samoloty, więc całą podróż mamy piękne widoki – w tle widać góry, a pomiędzy nimi odznacza się Kazbek. Gruzja z powietrza też jest piękna!

 

Lądujemy w Kutaisi i tutaj znów zastajemy prawie puste lotnisko. Wszystkie stoiska, które żyły w sobotę nad ranem są puste, podobnie parking dla taksówek i busów. Teraz musimy się dostać do centrum miasta.
Pani w informacji mówi, że co 5-15 minut przejeżdża jakaś marszrutka i musimy stać przed lotniskiem. Oczywiście po 20 minutach nic się nie pojawiło, za to cała masa przejechała główną drogą – stwierdzamy, że chyba trzeba iść na drogę łapać “stopa”. Nasze przypuszczenia potwierdzają dwie panie z obsługi, które spacerują przed lotniskiem. Okej, tego jeszcze nie było ;)
Stajemy tuż za progiem zwalniającym (dzięki Bogu, że jest – inaczej byłoby ciężko cokolwiek zatrzymać) i mamy szansę na rozszyfrowywanie nazw miast na tabliczkach, ale uznajemy, że łapiemy cokolwiek i będziemy pytać kierowcy. Do pierwszego pojazdu wsiadają nasi towarzysze, bo zmieszczą się tylko dwie osoby. My po kilku minutach zatrzymujemy kolejny i jedziemy całkiem wygodnie. Na miejscu dowiadujemy się, że przejazd z lotniska do centrum to 2 lari.
Dla nas doświadczenie dość niecodzienne, dla Gruzinów to norma, bo marszrutkę da się zatrzymać praktycznie w każdym miejscu i wysiąść z niej nawet w szczerym polu.
Po kilkunastu minutach docieramy na dworzec w Kutaisi i idziemy szukać marszrutki do Achalciche – nasz dzisiejszy cel. Dziękując co chwilę za usługi taksówkarzom docieramy do kasy i pani kieruje nas gdzieś na lewo. Jeden z kierowców(?) albo innych osób obsługujących pojazdy (często jest tak, że jak nie płaci się w kasie to jakiemuś panu przy wsiadaniu do pojazdu, a jeszcze inny kieruje) prowadzi nas do naszej marszrutki, gdzie spotykamy kilka osób z Polski. Chłopaki idą kupić bilety (12 GEL za osobę) i czekamy na wyruszenie. Jedziemy trochę ponad 3 godziny, lekko wymęczeni oraz poddenerwowani przez muzykę w busie wysiadamy na śmierdzącym spalinami dworcu w Achalciche.
Ekipa z Polski jedzie do Wardzi, my jednak planujemy ją jutro – teraz chcemy coś zjeść i znaleźć pensjonat. Od razu dopadają nas taksówkarze, do tego zaczyna mocniej padać – L. zaczyna się irytować, a sytuacja nie pomaga.
Po raz kolejny mapy google okazują się być bezużyteczne, bo idziemy drogą, która nie istnieje w kierunku mostu, którego również na nich nie ma. Przynajmniej kierunek mamy dobry, po drodze pytamy dwie osoby o adres, który nas interesuje i po chwili znajdujemy nasz Olimpo Guest House.
Wita nas całkiem przyjemne wejście pod winoroślami, gospodarz też wydaje się być całkiem sympatyczny, choć mówi tylko po rosyjsku. Pokoje są ok – meble mają swoje lata, ale ściany świeżo odmalowane. Natomiast łazienki okazują się być w dość kiepskim stanie, i to głównie za sprawą brud i pleśni. Kolejnego dnia rano przekonujemy się, że kuchnia nie jest w dużo lepszym – nie do końca rozumiem jakim cudem to miejsce ma aż tak wysoką ocenę na bookingu, ale jeszcze bardziej mnie dziwi, że jedna z łazienek oraz kuchnia są używane przez rodzinę gospodarzy.
Idziemy coś zjeść – w zasadzie musimy się wrócić pod dworzec, bo knajpki są właśnie w tej okolicy, a zwłaszcza przy drodze do miejscowej twierdzy. My wybieramy restaurację przy Hotelu 3D, ale jak na opinie, które czytaliśmy jesteśmy rozczarowani. To na pewno nie jest nasz dzień, dodatkowo jak zbieramy się do wyjścia to zaczyna lać. Uzbrojeni w peleryny i parasole idziemy szukać sklepu, ale market po drodze jest zamknięty. Gospodarz coś mówił o jakimś sklepie w okolicy, po chwili błądzenia udaje nam się go znaleźć, choć na “bolszoj magazin” to on nie wygląda, podobnie jak jego zaopatrzenie. Na kolację i śniadanie będzie sałatka ryżowa z tuńczykiem oraz jajka ;)
Wieczór spędzamy przy butelce wina rozmawiając ze znajomymi, jednak po wszystkich przeżyciach tego dnia szybko morzy nas sen.

 fot. Dworzec autobusów w Kutaisi
fot. Nie licząc twierdzy jest to jedyne zdjęcie z Achalciche

Nie wiem czy to przez okoliczności, pogodę, wyjazdowy kryzys czy może po prostu nam Achalciche “nie siadło”, ale był to najsłabszy punkt naszego wyjazdu. Kolejnego dnia udało nam się odwiedzić Rabati – miejscową twierdzę, która jest najmilszym wspomnieniem tego miasteczka, jednak widać, że jest świeżo odremontowana. Jest to przyjemne miejsce, ale brakuje mu autentyczności.
Tutaj też odbyłyśmy z koleżanką jeden z bardziej znamiennych dialogów z miejscowymi – siedząc na ławce przed bramą i czekając na chłopaków podeszło do nas dwóch panów i zaczyna nam coś opowiadać po rosyjsku. Po odpowiedzi po angielsku, że nie rozumiemy i czy mówią po angielsku okazuje się, że najmłodszy owszem, mówi. Pyta się skąd jesteśmy – z Polski. To dlaczego nie mówicie po rosyjsku?
Oprócz tego zamieniliśmy kilka zdań o miejscowości i naszej podróży, ale tego zdziwienia chyba nigdy nie zapomnę.

 

 

3 Replies to “Gruzja #6 – lot VanillaSky oraz Achalciche”

  1. Słowem – podróż z przygodami :-)

  2. Widok z samolotu- obłędny! :) W ogóle genialna ta Wasza podróż, aż chce się rzucić wszystko i jechać do Gruzji :)

    1. Gruzja jest niezwykła :) Teraz po pewnym czasie te gorsze momenty się zacierają, a wyłania się przygoda :)

Dodaj komentarz