Gruzja #5 – Ananuri i Signagi, czyli gruzińskie miasto miłości

Wstajemy na śniadanie na 9-tą. W zasadzie musimy zjeść i się zebrać, choć wiemy, że nie będzie to bardzo proste. Śniadanie wygląda świetnie – warzywa, jajka sadzone, ser, konfitury oraz ruloniki z ciasta (coś jakby filo?) nadziewane delikatniejszym serem. Jest jeden duży stół, więc wpadamy na turystki z Polski oraz dwóch chłopaków, których minęliśmy w knajpie dzień wcześniej – jeden Niemiec, drugi Ukrainiec. Po śniadaniu ogarniamy się, część dochodzi powoli do siebie, więc postanawiamy, że do Tbilisi chcemy dojechać taksówką. Marszrutka to 40 lari za 4 osoby, samochód powinien nas wynieść 80. Przychodzimy z kolegą do właścicielki z pytaniem o transport, a ta chwyta za telefon i dzwoni do męża. Stoimy na podwórku w słońcu, z widokiem na Kazbek i cieszymy się widokiem. Po drugiej rozmowie ustalamy z właścicielką, że 100 lari to za dużo, ale 80 zapłacimy. Stoimy sobie dalej, łapiemy słońce i po chwili widzę, że w naszą stronę jedzie samochód. Chwila zastanowienia, ale zobaczymy co się stanie, jak się zatrzyma. Wysiada pan słusznej postury w dresie i pyta się: “Taxi?” – kiwamy głowami – “Tbilis?” – ups, założyliśmy, że szukanie transportu chwilę zajmie, więc jak się znajdzie to powiemy, że chcemy jechać tak za pół godziny. Najwyraźniej działa to jednak bardziej taksówkarsko – wsiada się i jedzie. Prosimy pana o 10 minut cierpliwości i lecimy po resztę ekipy. Ja jestem już gotowa do drogi, więc zostawiam plecak i lecę do sklepu – mieliśmy zakupy zrobić przed wyjazdem. Wracając natykam się na moich towarzyszy w taksówce, wsiadam i jedziemy. Z miejsca okazuje się, że pan nam proponuje transport do Signagi – kolejnego miejsca w naszym planie. Początkowo chciał 180 lari – dużo za dużo. Stale odmawiamy, więc dochodzi do 140. Dalej nie jesteśmy przekonani, więc temat zostaje ucięty – do Tbilisi z przystankiem w Ananuri.

fot. Signagi
To chyba najbardziej dzika i szalona jazda w całej naszej wyprawie. Ścinamy serpentyny, wyprzedzamy na zakrętach i podjazdach (wysłużona Astra II, silnik 1.6, 5 dorosłych i 4 bagaże), kierowca ciągle rozmawia przez telefon i pisze SMSy, ale okazuje się, że potrafi też bez problemu prowadzić z dwoma telefonami w ręku. Raz przejeżdżamy przez stado krów, które przechodzą drogą, a na zboczach dookoła pełno zwierząt.
Zatrzymujemy się przy Ananuri, 15 minut przerwy, a my po raz kolejny mamy efekt “wow”. Piękna pogoda, woda kusi, żeby się w niej wykąpać. Stwierdzamy też, że podróż idzie nam tak sprawnie, że może jednak pojedziemy z naszym kierowcą do Signagi – przerwę w Tbilisi chcieliśmy głównie po to, żeby zjeść obiad. Mówimy panu, że zmieniliśmy zdanie – 140 lari do Signagi. To jednak nie koniec, bo nasz kierowca ma “haraszo guest house“, a nam zajmuje dobre 10 minut wytłumaczenie, że my już mamy zarezerwowane miejsce i głupio nam je odwoływać (nie mówiąc o płatności na bookingu). Dalszą drogę pokonujemy względnie spokojnie – po drodze zatrzymujemy się w wiosce, gdzie pan kierowca coś komuś podrzuca, mijamy bardzo nietypowy transport desek, bo z okna samochodu wystają dwie ręce trzymające deski… I jedziemy drogą pod prąd, bo Gruzini nie lubią objazdów.
 fot. Krowy na środku drogi? No problem!
 fot. Pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej
fot. Ananuri

Dojeżdżamy do Signagi, jednego z bardziej znanych miast Kachetii (regionu znanego przede wszystkim z win) i widoki po drodze znów nas zachwycają. W centrum miasteczka nasz kierowca wypytuje ludzi o guest house, ale nikt nie kojarzy. Ostatecznie do nich dzwoni i po kilku minutach podjeżdża właściciel, który prowadzi nas na miejsce.
Tym razem wybraliśmy Zandarashvili Guest House, i chociaż widać, że ma swoje lata, a nasz pokój na najniższym poziomie do najprzytulniejszych nie należał to widok z tarasu oraz gościnność właścicieli sporo nadrabiała. 60 GEL za pokój, po 7 GEL za śniadanie (bo z bookingu, poza bookingiem 5 :p).
Po chwili odsapnięcia idziemy na obiad, tym razem do restauracji Signagi, gdzie rozśmieszamy nawet obsługę, bo nie znaleźliśmy angielskiej strony w menu i dukaliśmy po rosyjsku ;) Po obiedzie spacer po okolicy, a idąc wzdłuż murów docieramy do parku. Tam zaczepia nas pani i oferuje wejście na wieżę widokową za 5 lari – na skraju parku stoi niewykończona willa, natomiast widok z wieży faktycznie jest cudny. Pani oferuje jeszcze wino, ale my się chcemy przejść dalej. Wracając zaczepia nas jej mąż i wypytuje skąd jesteśmy – na hasło “Polsza” uśmiecha się szeroko i wspomina o zdjęciach i plakatach Warszawy. Po drodze mijamy kolejne okoliczne psy, które rozbrajają nas swoją ufnością i zabawą. Podjeżdża do nas także samochód, w środku pięciu postawnych panów i pada pytanie skąd jesteśmy. Tym razem reakcją na Polskę było “cool” i pokiwanie głowami ;)
Wracając zahaczamy o restaurację i zamawiamy wino – okazuje się, że miejscowe białe wino ma posmak czaczy i kolor bardziej koniakowy niż białego wina. Wracamy do pensjonatu, gdzie wybieramy się na taras z naszym sklepowym winem, ale postanawiamy spytać właściciela czy może nie ma swojego wina i czy mógłby nas poczęstować. Oczywiście, że poczęstuje. Litrowym dzbankiem. Za darmo. Wino sklepowe przy tym wymięka – choć wytrawne to naprawdę smaczne i nie wiadomo kiedy znika.

 fot. Widok z pensjonatu

 

 

fot. Białe wino

Następny poranek wita nas kolejnym bardzo fajnym śniadaniem – mi najbardziej smakują placki z serkiem w środku (smakują trochę jak naleśniko-racuchy z serem) i konfiturą ze śliwek. Do tego tradycyjnie jajka, ser, warzywa, ryż z owocami, sałatka z kurczakiem (majonezowa ;)) i pieczywo. A panie z kuchni tylko chodzą i dokładają.
Po takim śniadaniu wybieramy się do niedaleko położonego, bo 2-3 km od miasta, klasztoru Bodbe. Trasa wiedzie drogą dla samochodów, na szczęście rekompensują to widoki. Jesteśmy chyba jedynymi turystami idącymi pieszo – cała reszta przyjeżdża busikami lub autobusami wycieczkowymi.
W przewodniku znaleźliśmy informację, że jest tu także źródełko, w którym się można wykąpać. Jednak po zejściu po milionie schodów okazuje się, że źródełko jest zabudowane budynkiem i trzeba kupić szatę za 10-12 lari, żeby w ogóle wejść. Trochę jesteśmy zawiedzeni i bez kąpieli wracamy do miasteczka.
Tym razem obiad w restauracji, z której tarasu rozpościera się widok na dolinę. Adżapsandali podbija nasze podniebienia, reszta dań już nieco mniej, natomiast jeden z kelnerów (może właściciel?) mówi również po polsku :)
Wracamy go pensjonatu, zabieramy nasze bagaże i idziemy na dworzec. Niestety, przychodzimy chwilę po 16, więc marszrutka o 16 już odjechała, a kolejna jest o 18. Praktycznie przez cały wyjazd nie sprawdzaliśmy godzin odjazdów – po prostu przychodziliśmy i coś jechało, a tylko ten jeden raz tyle musieliśmy czekać.

 fot. Widok na miasteczko w drodze do Bodbe
 fot. Świątynia, która jest stylizowana na starodawne budowle
 – w środku żelbet i cegły ;)

 

 

Chcemy znaleźć fajne miejsce do siedzenia, ale ostatecznie zostajemy na dworcu, który również dostarcza wrażeń. Budka z kasą ma może jakieś 1,5-2 metry kwadratowe. Okienko ma kraty niczym z ogrodzenia, a przez nie wyciąga rękę pani bileterka. Bilet tym razem to kawałek niezadrukowanego paragonu z kilkoma znaczkami (6 lari od osoby). Nie chce nam się wierzyć, że ktoś nas z tym wpuści do pojazdu, ale faktycznie w tym miejscu bilety tak wyglądają. Dodatkowych wrażeń dostarcza toaleta – 30 tetrisów od osoby, pani na wejściu przydziela określoną długość papieru toaletowego, spłuczki nie działają, a papier ląduje w koszu – widać słabe rury mają.
Pojawia się malutki szczeniaczek, z którym się bawimy i poimy wodą. A w oddali niebo zaciąga się granatowymi chmurami. Okazuje się, że duchota przez cały dzień to nie miejscowy klimat, a klasyczna cisza przed burzą. W ciągu kilku chwil robi się zimno i zaczyna bardzo mocno wiać. Koło 17:30 zaczynają spadać pierwsze, nieśmiałe krople. Chwilę później podjeżdża marszrutka i w ciągu minuty się zapełnia, a tuż po wejściu do pojazdu zaczyna lać. Odjeżdżamy sporo przed 18-stą, więc nawet jeśli rozkłady jazdy istnieją to warto być odpowiednio wcześniej, bo nigdy nie wiadomo ilu będzie chętnych.
Po kilku kilometrach widzę przez okno, że droga zamienia się w strumień wody, a my utykamy w korku. Do tego gruziński korek polega na tym, że samochody blokują całą drogę w swoim kierunku. Między samochodami chodzą krowy, a my czekamy. Próbujemy wyjrzeć przez przednią szybę (pękniętą oczywiście, bo kto by się tym tutaj przejmował) i wydaje nam się, że migające koguty podświetlają powalone drzewo na drodze. Po chwili mamy pewność, a dodatkowo zaczyna padać grad. Wspominałam, że planowaliśmy sprawnie i szybko dostać się do Tbilisi, żeby zrobić pranie ;)?

Na szczęście sytuacja zostaje szybko opanowana, a my ruszamy. Ulewa i strumienie na ulicach nie są przeszkodą dla gruzińskich kierowców, żeby jeździć jak zwykle. Dojazd, w ulewie, z postojem przy drzewie zajmuje nam dwie godziny, choć powinien w normalnych warunkach zająć 2h15min.
Tym razem również kierujemy się do Marco Polo, gdzie musimy zająć się praniem oraz organizacją kolejnego dnia. Nazajutrz czeka nas wczesna pobudka, bo o 7:30 musimy opuścić hostel. Ale mamy nadzieję, że nasze plany będą tego warte!

3 Replies to “Gruzja #5 – Ananuri i Signagi, czyli gruzińskie miasto miłości”

  1. Robi się coraz bardziej ciekawie :-)

    1. Kulminacja w następnym odcinku ;)

  2. Gruzińskie przygody mają klimat :) Czekam na więcej :)

Dodaj komentarz