Gruzja #2 – Tbilisi

Do Katowic docieramy Unibusem, po szybkim przepakowaniu u znajomych jemy kolację i czekamy na taksówkę. 21:30, czas jechać na lotnisko. Dość sprawna kontrola, puste lotnisko, czekamy na otwarcie bramek. Tak jak wspomniałam ostatnio, tym razem w WizzAirze mamy wykupione pierwszeństwo wejścia i jest to dość wygodne rozwiązanie, po chwili siedzimy w samolocie, opaska na oczy i próba wyspania się w trzy godziny.
Po przylocie do Kutaisi i przejściu przez kontrolę paszportów (choć my lecimy na dowodach, Gruzja ma specjalne ustalenia z UE) kierujemy się po odbiór biletów na Georgian Bus do Tbilisi (20 GEL za osobę, kupiliśmy je w Polsce, odbieraliśmy z wygenerowanym rachunkiem). Jeśli komuś zależy na oszczędności to może pojechać do Kutaisi i tam przesiąść się do Tbilisi, ale ja nie miałabym na to siły ;) Uznaliśmy, że nie chcemy tracić dnia na włóczenie się po Kutaisi i najlepiej jeśli od razu skierujemy się na wschód. Chłopaki jeszcze szybko organizują kartę Geocell, do kantoru nawet nie podchodzimy (kolejka na kilkanaście osób) i idziemy szukać busika.
Po pierwszym wyminięciu taksówkarzy znajdujemy busik – jest nieco większy niż na zdjęciu (mini autobus w zasadzie), a my jesteśmy ostatnimi czterema osobami, które do niego wchodzą. Musimy się rozdzielić, ja siedzę tuż obok naszych rodaków i po chwili ruszamy. Odjazd planowo był o 6:15, ale skoro o 5:40 cały busik jest pełen to kierowca nie zamierza czekać dalej ;) Jest ciemno, jestem dalej śpiąca, więc mimo bardzo niewygodnej pozycji na środkowym miejscu z samego tyłu szybko zasypiam. Budzę się na postoju przy stacji benzynowej, po ok 3 godzinach drogi – jesteśmy w okolicach Gori.
Po 20 minutach jedziemy dalej, już nieco mniej senna zaczynam wyglądać za okno i chłonąć Gruzję. Przedmieścia Tbilisi witają nas zaniedbanymi, postsowieckimi blokami, jednak po przyjeździe do centrum otoczenie się zmienia. Czyste, całkiem ładne miasto, gdzie kamienice przeplatane są tradycyjnymi balkonami. Wysiadamy przy pl. Wolności, wymieniamy pieniądze w kantorze i postanawiamy iść do hostelu. Doba hotelowa dopiero od 13, a jest chwila po 10, ale najwyżej zostawimy tylko bagaże.


W Tbilisi wybraliśmy hostel Marco Polo – dość nowy obiekt, istniejący tylko na hostelworld i był to bardzo dobry wybór. Czyste i nieduże miejsce, wejście z ulicy Rustaveli, czyli głównej ulicy Tbilisi, jednak okna od podwórza, więc jest w nim cicho. Prowadzony i obsługiwany przez młodą parę. Pierwsze dwie noce śpimy oddzielnie – my z L. w dwójce, znajomi w pokoju 6-cio osobowym. Łóżka są wygodne, koce dość ciepłe, łazienki czyste (choć gruziński koncept prysznica bez kabiny tuż przy toalecie dalej mnie zadziwia), kuchnia dobrze wyposażona. Śniadania są ok, chociaż szału nie robią – pieczywo, ser gruziński, warzywa, podejrzany dżem oraz miód, chałwa.
Ręczniki do wypożyczenia, pranie kosztuje 3 lari.
fot. Widok z okna na podwórze kamienicy, w której jest hostel

Zostawiamy bagaże, przebieramy się i idziemy oglądać miasto. Pierwsze co nas uderza to niesamowite podporządkowanie miasta pod samochody. Przez środek miasta biegnie droga, trzy pasy w każdą stronę, bez przejść dla pieszych. Żeby dostać się na drugą stronę trzeba nadkładać często kilkaset metrów do przejścia podziemnego i z powrotem. Zmierzamy w stronę starego miasta, nie jest to jednak takie proste, bo co z tego, że mamy drogę na mapie, skoro nie da się dostać np. na most na drugą stronę rzeki.
Po drodze przychodzą do nas pierwsze bezdomne psy i towarzyszą nam aż do Mostu Pokoju. Planowaliśmy wjechać kolejką linową pod twierdzę, ale odstrasza nas kolejka do kasy ;) Idziemy więc dalej po starej części miasta szukając miejsca na obiad. Trafiamy do knajpki, która wydaje się być przystępna cenowo i zamawiamy. Jeszcze nie wiemy, że warto zamawiać kilka dań do podziału, a nie tylko dla siebie ;) My z koleżanką wybieramy różne chinkali, chłopaki próbują dwie wersje chaczapuri.
Po obiedzie idziemy dalej – okazuje się, że do kolejki jest już niewiele chętnych, więc wjeżdżamy na górę, skąd rozpościera się panorama Tbilisi. Tuż obok stoi aluminiowy pomnik Matki Gruzji zbudowany z okazji 1500-lecia stolicy. Jest sobota, dzień wesel, więc schodząc przez stare miasto co chwilę mijamy samochody weselne, w niektórych już toczy się dobra zabawa. My powoli wracamy do hostelu, gdzie chcemy chwilę odpocząć, zrobić zakupy w okolicy (na przeciwko znajduje się hipermarket Smart, chyba czynny 24h/dobę), w którym zaopatrujemy się m.in. w pierwszą butelkę gruzińskiego wina (Schuchmann, chyba najlepsze butelkowe wino jakie piliśmy) do kolacji. Nie siedzimy długo, bo jutro czeka nas kolejny intensywny dzień – wyprawa do Dawit Gareji i Udabno.

Co zobaczyć w Tbilisi:
– tradycyjne łaźnie
– plac Wolności z pomnikiem św. Jerzego
– Most Pokoju i Pałac Prezydencki (dość kosmiczna architektura) w parku Rike
– twierdzę Narikala i pomnik Matki Gruzji
– świątynie – Cminda Sameba, Soni, Metekhi, Anchischati, Kaszweti
– targ na Suchym Moście
– Operę
– Aleję Rustaveliego
 fot. Katedra Kaszweti
 fot. Budynek Opery
 fot. Park przy Operze
 fot. W drodze na Suchy Most
 fot. Widok z kolejki linowej
 fot. Panorama Tbilisi
 fot. Matka Gruzji
fot. Dzielnica z łaźniami

4 Replies to “Gruzja #2 – Tbilisi”

  1. Aż sobie tę Markę Gruzji wygooglałam, żeby ją lepiej obejrzeć – robi wrażenie. Baletnice przed Operą piękne.

    1. Zdecydowanie robi wrażenie :)

  2. Woooow!!! Ale pięknie! Gruzja marzy mi się od lat, czas więc zrealizować to marzenie :)

    1. Koniecznie! Szczególnie, że nie jest droga, wydaje mi się, że może być nawet tańsza niż wakacje w Polsce ;)

Dodaj komentarz