Goodbye summer – co słychać? #16

 

Kolorowe liście, ciepła herbata, zapach chłodnych poranków, gasnące promienie słońca… Choć ubiegły tydzień należał do naprawdę upalnych i ciężko uwierzyć, że to już – w Szwecji zawitała jesień. Choć dla mnie wrzesień to jeszcze ostatki lata, tak za Bałtykiem jesień rozpoczyna się już 1-go września. Zanim jednak na dobrę zanurzę się w moich dwóch ulubionych miesiącach w roku, chcę jeszcze na chwilę wrócić myślami do tegorocznego lata, które było dość dziwne, bo prawie niezauważalne.
Mieszkając w kraju, w którym przez blisko pół roku nosi się ciepłą kurtkę (a przez dodatkowe 3-4 miesiące wełniane swetry pod nią), każdy słoneczny, ciepły dzień jest na wagę złota. Nic dziwnego, że już od późnego marca Szwedzi niecierpliwie wyczekują pierwszych, ogrzewających promieni słońca. Na ogół jednak na wiosnę trzeba poczekać nieco dłużej, często do końca kwietnia lub nawet maja (w tym roku na majówkę nosiłam tę samą kurtkę, co w styczniu). A potem wybucha zieleń, a cały świat wydaje się tak wspaniały, że aż ciężko uwierzyć, że to nie jest nasza codzienność przez większość roku.
W tym roku podobno w końcu zaliczyliśmy typowe szwedzkie lato. To oznacza, że słupek rtęci dość rzadko przekraczał więcej niż 20 stopni (a 25 stopni w zeszłym tygodniu wprawiło nas w pewne zdziwienie). To oznacza, że zaliczyliśmy tylko dwie kąpiele w jeziorze, choć rok temu był to nasz sposób na wieczorny spacer. Było wietrznie, było słonecznie, ale i zmiennie. I zdecydowanie przyjemniej niż słysząc o fali upałów w Polsce.

Tegoroczna wiosna minęła nam w dużej części na przygotowaniach do Kanady. Były różne wizyty – i u nas, jak i nasze w Polsce. A potem przyszło lato, a my zniknęliśmy na prawie cały czerwiec. Myślałam, że po powrocie czas nieco zwolni, da mi się nacieszyć tą piękną porą roku, ale lipiec znów minął szybko.
Na początku musieliśmy wrócić do codzienności, co nigdy nie jest proste. A niewiele później przygotować się na pierwszych, letnich gości i to nie byle kogo, bo na weekend wpadli do nas wujostwo wraz z moją chrześnicą i jej młodszym bratem. Nasze dwa pokoje wytrzymały, a my mogliśmy korzystać z idealnej pogody dla turystów – słonecznie, ale nie upalnie. Oczywiście nie mogło zabraknąć spacerów nad wodą, widoków na naszą ulubioną zatokę, wycieczki promem oraz wizyty w muzeum statku Waza. Bardzo się cieszę, że mogłam pokazać moje ulubione miasto kolejnym osobom i sprawić by zrozumieli, dlaczego lubię tutaj mieszkać.

Druga połowa lipca była naprawdę przyjemna – spotkania ze znajomymi, wycieczki rowerowe, poznawanie nowych okolic naszego miasta, korzystanie z bliskości jeziora i ogrodowej kawiarni tak niedaleko od domu.Lipiec zakończyliśmy upalnym weekendem w Polsce. Przylecieliśmy głownie z okazji urodzin mojej siostry i jej męża, zaliczając dwie imprezy urodzinowe. Ale starczyło nam również czasu na dość szalony wypad w skałki – do 12 w piątek byliśmy w pracy, by tuż przed 17 wylądować w Katowicach. O 21 zaczęliśmy ćwiczyć nową technikę u kumpla, u którego nocowaliśmy, pobudka o 6 rano w sobotę, by tuż przed 8 znaleźć się na Jurze. A wieczorem dodatkowo spotkanie z naszą studencką paczką, powiększoną o jednego, nowego człowieka :) Dobrze czasem wrócić do tych beztroskich czasów, choć i tak nikt z nas nie może za bardzo narzekać na swoją rzeczywistość.

Sierpień przywitałam z lekkim zdenerwowaniem, bo… postanowiłam zmienić pracę! Co prawda postanowiłam to zrobić pod koniec zimy, otrzymując ofertę wraz z nadejściem wiosny. Ale w Szwecji okres wypowiedzenia to 3 miesiące, do tego nikt nie zmienia pracy w środku wakacji, więc postanowiliśmy poczekać z tym do początku sierpnia, kiedy firma znów wróci do obrotów po sezonie urlopowym. Do tej pory jestem bardzo zadowolona z podjętej decyzji, choć każda taka zmiana kosztuje mnie ogrom energii i na początku na niewiele więcej starcza mi siły. W ten sposób sierpień prawie mi śmignął, ale oprócz nowej pracy cieszyliśmy się wizytą moich rodziców. Tym razem postanowiliśmy skorzystać z nieco mniej oczywistych atrakcji miasta – wybraiśmy się na wycieczkę stateczkiem do letniego pałacu królewskiego, na kajaki, oraz oczywiście na nasze ulubione klify. Cieszyliśmy się również spokojnymi weekendami w domu, wracając do bardziej regularnych treningów wspinaczkowych, szykując przetwory i planując kolejne miesiące.

 

 

3 Replies to “Goodbye summer – co słychać? #16”

  1. lato mija zawsze zdecydowanie za szybko! U Was do tego to był intensywny czas.
    Gratuluję nowej pracy!

  2. Działo się u Was :) Czasem zmiany są potrzebne, trzymam kciuki za nową pracę! :)

  3. Moje lato też szybko minęło, zwłaszcza urlop – niby miałam pięć pełnych tygodni, ale też trochę się działo i tak naprawdę z planowanego urlopu w rytmie slow life wyszły mi trzy dni.

Dodaj komentarz