Goodbye November – co słychać? #14

Pochmurnym i deszczowym dniem rozpoczynamy grudzień. Na szczęście w przeciwieństwie do pogody, mój humor dopisuje i nie ukrywam, że głównym powodem jest fakt, że listopad się właśnie skończył ;) I chociaż tak naprawdę nie był to wcale zły miesiąc, do tego bardzo szybko minął to cieszę się na grudzień, który zdecydowanie wprawia mnie w lepszy nastrój.

Bo grudzień to zapach mandarynek, kartki świąteczne, kolorowy papier i wstążki. To plany, plany i plany, przygotowania (choć czasem nerwowe), to także choinka pachnąca lasem i uśmiechy bliskich osób. Pierniczki, piosenki świąteczne, wyczekiwanie na śnieg. To także 3 tygodnie do ostatniego lotu w tym roku i dzielenia chwil z rodziną i przyjaciółmi. Oj tak, nie mogę się już doczekać! Zanim jednak dam się wciągnąć w grudniową opowieść, wracam jeszcze myślami do jednego z ostatnich miesięcy tego roku.
Listopad zaczęłam w dość dobrym nastroju – odpowiednia strategia na ten miesiąc to podstawa, a my w tym roku zaplanowaliśmy sobie dodatkowy tydzień wakacji.
Zaczęło się spokojnie, od weekendu w domu podczas którego wybraliśmy się na festiwal świateł. Nie jest to duża impreza, ale ma dość ciekawą formę, bo jest marszem przez jeden z większych parków miejskich z pochodniami. Tyle migoczących pochodni na raz robi wrażenie, do tego festiwal dział się po dwóch stronach zatoki, więc można było skorzystać z rejsu promem. Odkryliśmy też miejską palmiarnio-szklarnię, ale musimy tam wrócić na spokojnie.
Później czekał nas tydzień pełen przygotowań, a w piątek po pracy droga na lotnisko i kierunek, o którym pisałam ostatnio – Nowy Jork! Podróże sprawiają mi ogromną radość, i choć wyjazd był nieco męczący to zdecydowanie sprawił, że listopad stał się przyjemniejszy.
Po powrocie chwilę zajęło nam dojście do siebie, ale tak naprawdę został tylko jeden weekend do zagospodarowania – L. zabrał mnie na swoją siłownię, i taki trening nam zrobił, że ledwo mogłam chodzić ;) I postanowiliśmy w końcu skorzystać z naszego miejscowego kina.
Przyznaję, do kina chodzimy niezmiernie rzadko i raczej na filmy popularne niż ambitne. Tym razem wybraliśmy się do kina, które liczy sobie 90 lat. Na sali jest 100 miejsc, kurtyna jest w haftowane kwiaty, a zamiast popcornu jest kawiarnia, gdzie można kupić ciastko z kawą i zabrać ze sobą na seans. Przyznam, że klimat ma wyjątkowy, co tylko wzmocniło atmosferę filmu, na który poszliśmy. A wybraliśmy się na “Zimną wojnę” :) Trochę to zajęło, ale ostatnio weszła do niektórych kin w Sztokholmie (choć “weszła” to duże słowo – pojedyncze seanse przez 2 tygodnie). Z kina wyszliśmy w bardzo dobry humorach, co prawda z lekkim niedosytem, ale film warto obejrzeć.
I w ten sposób zostało tylko kilka ostatnich dni, nieco mroźniejszych, rysujących krajobraz szronem. Na balkonach pojawia się coraz więcej światełek, w oknach gwiazd, sklepy szykują się na święta, a w piątek po raz pierwszy zauważyłam choinki w sprzedaży. Nie tylko ja czekałam na grudzień :)

 

3 Replies to “Goodbye November – co słychać? #14”

  1. Ja też czekałam na grudzień, i bach, już jest :) na szczęście :) Myślę,że ten listopad zapamiętasz do końca życia :)

  2. Też kocham grudzień :) Za Mikołaja, za święta, za ten beztroski, spokojny czas luzu :)

  3. Tak, grudzień to bardzo miły miesiąc…

Dodaj komentarz