Blue January

 

To, że na blogu bywam zupełnie sporadycznie widać od pewnego czasu – trochę mi nie po drodze. A to z tekstami, a to ze zdjęciami, a to z wrzucaniem wszystkiego. Ale kto mnie obserwuje nie tylko tutaj pewnie zauważył, że w ostatnich tygodniach wszędzie było dość cicho z mojej strony. A powód jest banalnie prosty – tak jak w styczniu zawsze trafia się najgorszy dzień w roku tj. Blue Monday, tak ja chyba miałam Blue January. Co gorsze, zupełnie bez powodu.

Styczeń przywitaliśmy razem z parą przyjaciół – najpierw szampanem bezalkoholowym (bo jakoś lepiej wchodzi truskawkowy niż zwykły ;)), a potem wczesną pobudką, by odwieźć na transport lotniskowy. Kilka dni w pracy i sami byliśmy znów w drodze na lotnisko i znów do Polski, a naszym celem był ślub i wesele mojego dobrego kolegi z czasów szkolnych. Pamiętam jak w gimnazjum potrafiliśmy spędzić godziny spacerując po okolicy i rozmawiając o wszystkim, pamiętam wspólne imprezy w liceum, mijanie się na studiach na wydziale, jeszcze niedawno bawiliśmy się na weselu moim i L., a teraz był ich wielki dzień pełen radości i cudownych wspomnień. A potem wszystko wróciło do normalnego trybu, jednocześnie mój nastrój opadł bardzo nisko. Przyznam, że nie pamiętam kiedy ostatnio przez tak długi czas miałam tak nijaki humor.

 

Moment decyzji wstania z łóżka stał się jednym z najtrudniejszych w ciągu dnia. I chociaż na ogół bardzo lubię nasze poranki, a praca sprawia mi przyjemność, to jednak wyjście spod kołdry prawie doprowadzał mnie do płaczu. Te drobne codzienne przyjemności przestały robić na mnie wrażenie, codzienny widok sztokholmskich kamienic wydawał się taki zwykły, a największą ulgę odczuwałam wchodząc do mieszkania, kiedy nikt nic ode mnie nie chciał i mogłam pod kocem zająć się książką. Niby fajny pomysł na wieczór, ale koncentracja zniknęła razem z uśmiechem, więc często zamiast czytać bezsensownie traciłam czas przeglądając instagrama obcych ludzi, których życie nawet mnie nie interesuje.
To nie jest stan, w którym się lubię. Bez siły, bez pomysłu, bez ochoty na cokolwiek, bez zapału do treningu, zmuszając się do wielu rzeczy i potrafiąc się rozpłakać, bo wolę frytki od vege wrapa.

Z natury jestem pozytywną osobą i nawet kiedy jest źle lub kiedy marudzę, staram się też szukać pozytywnych stron. Dlatego ostatnie tygodnie były dziwne i przyznam, że kilka razy stwierdziłam, że jak cały rok ma taki być to niech się już lepiej skończy. Jasne, mi też się zdarzają gorsze dni, ale nie pamiętam kiedy ostatnio było ich tyle pod rząd…
W całej tej sytuacji najtrudniej było (i nadal jest) mi zrozumieć co sprawiło, że tak się czułam? Myślę, że po części jest za to odpowiedzialny pobyt w Polsce – czas z rodziną i przyjaciółmi, który minął tak szybko, a był tak przyjemny. Zaraz na początku roku świętowaliśmy urodziny mojego męża, do tego spotkania towarzyskie i wracaliśmy na ślub, ale potem po dość męczącej podróży powrotnej (bo i z przesiadką i bagażami nadawanymi) jakoś tak… te wszystkie wyczekiwane wydarzenia już były za nami. Nowy rok skłania do podsumowań i snucia planów na przyszłość, a po ciągu radosnych wydarzeń została mi przestrzeń, która chyba już dawno nie była tak pełna niepewności. I chociaż przyznaję, że rzadko kiedy robię plany na cały kolejny rok to właśnie ta niepewność czy jestem w dobrym miejscu i jak długo chcę w nim być mnie przytłoczyła.
Kolejny rok przede mną, który będzie oznaczał 27 urodziny. Gdzieś w mojej głowie zderzyło się moje obecne życie z moimi różnymi oczekiwaniami i jeszcze niespełnionymi marzeniami. Ktoś może powiedzieć, że marudzę – mam Ukochanego przy boku, pracę, którą bardzo lubię, mieszkam w wymarzonym mieście i mogę spełniać moje podróżnicze zachcianki. Czasem jednak mam wrażenie, że nie tego chcę, a we mnie w środku walczy kilka opcji i pomysłów na życie.
Przyznam też, że po wrażeniach, które dostarczył nam rok 2017 – ciężko będzie mu dorównać. Mam wrażenie, że poprzednie 12 miesięcy (przez większość czasu) spędziłam w wyjątkowo dobrym nastroju, prawie na ‘haju’ i obecnie kiedy wszystko jest po prostu normalnie, ta normalność wydaje się bardziej… wyblakła.

 

 

Styczeń nie był dobrym miesiącem i cieszę się, że już się skończył. Pod koniec miesiąca zaczęłam powoli odzyskiwać równowagę i samopoczucie. Na pewno dlatego, że sporo czasu spędziłam na rozmowach sama z sobą i ponownym układaniu wszystkiego w głowie. Ale doszły też drobne przyjemności – wybraliśmy się na narty! I choć wymagało to pobudki o 5 rano, 3h jazdy w jedną stronę, a na dworze było -10 stopni to wpinając się w wiązania poczułam ogromną radość. Po raz kolejny przekonałam się, że robienie tego co kocham jest dla mnie lekarstwem. Mróz, śnieg, ból w mięśniach i to niezwykłe uczucie błogości po całym dniu. Kolejny poranek przywitał nas słońcem i szybko wygonił na mroźny spacer po okolicy. Kolejne kilometry w nogach, cieszenie się śniegiem i zakończenie indyjskim obiadem. To wszystko sprawiło, że znów zaczęłam czuć się dobrze w miejscu, w którym jestem.

Luty przywitałam już z lżejszym sercem, bardziej otwartą głową i kilkoma pomysłami na ten rok. Może po prostu musiałam chwilę odpocząć od pędu wydarzeń i przemyśleć kilka kwestii? Pobyć sama ze sobą w niezbyt przyjemnym miejscu? Poczuć, że nie mogę uzależniać szczęścia od odległych wydarzeń, tylko sama wpływać na to jak się czuję?
Piszę o tym wszystkim, żeby pokazać, że każdemu mogą się zdarzyć słabsze momenty i że to normalne. Dopóki nasz gorszy czas nie trwa za długo i nie jest stanem wymagającym pomocy fachowca, to normalne, że czasem go doświadczamy. Nie da się funkcjonować na ciągłym “haju”. Czasem potrzeba wyciszenia, bycia dla siebie dobrym i własnego przyzwolenia na to, żeby odpuścić. Mam jednak nadzieję, że luty będzie lepszy!

 

 

13 Replies to “Blue January”

  1. ja też w Styczniu nie czuję się najbardziej komfortowo, zazwyczaj dopada mnie melancholia i jakoś nie mogę sobie znaleźć miejsca dla siebie.

    Tęsknota za Polską jest dla mnie rzeczą oczywostą w Twojej sytuacji. Ale przecież za jakiś czas wrócisz, nie wyjechałaś na zawsze! W gruncie rzeczy ze Sztokholmu masz blisko, w razie kryzysu wsiadasz w samolot i po 3 godzinach jesteś w domu.
    Z jednej strony trochę Ci zazdroszczę opcji wyjazdu, z drugiej myślę, że bałabym się postawić taki krok już teraz. Czuję, że nadal stoję gdzieś pomiędzy kilkoma opcjami i sama nie mogę zdecydować co jest dla mnie najlepsze.

    Mnie z kolei styczeń przeleciał jak jeden tydzień. Mam nadzieję, że luty upłynie równie szybko, bo nie przepadam za zimą :)

    1. Styczeń w ostatnich dwóch latach był ok – jeden zaraz po wyprowadzce z Warszawy, więc mega radość, zeszłoroczny też był ok. Jakoś tak teraz mnie wzięło…

      Wiem, to sobie powtarzam ;) Tylko wiesz jak to jest – z jednej strony jeszcze nie nacieszyłam się tym miejscem, ale z drugiej czuję, że omijają mnie rzeczy w Polsce. Jasne, to nie tak, że jestem nielegalnie w USA, skąd nie mogę wrócić, bo mnie nie wpuszczą ponownie :p Przylot zawsze jest opcją, ale bycie tak daleko od bliskich jest dla mnie ciężkie.
      I właśnie też poczułam to bycie pomiędzy opcjami – to nie tylko wybór Szwecja/Polska, ale także kilka innych życiowych kwestii. Zawsze sobie powtarzam, że trzeba wybrać jedną opcję. Jak się okaże, że jest źle to trudno – wtedy wybierasz kolejną.

  2. Ja od zawsze w styczniu mam gorszy nastrój, bo tyle niepewności przede mną, a ja mam taką naturę, że lubię wszystko wiedzieć i dokładnie zaplanować wszystko. I ten fakt, że mam 12 miesięcy, pustych i wolnych, mnie przytłacza nieco. Do tego w tym roku kończę 30 lat, naprawdę coraz częściej myślę o tym jaką kiedyś chciałam być w tym momencie i złość mnie bierze, że jestem ciągle w tym samym miejscu- i to dosłownie, jak stałam 10 lat temu i zaczynałam 20 lecie. Także rozumiem Ciebie, gorszy czas się zdarza, trzeba mu pozwolić pobyć z nami, zwolnić, przemyśleć kilka rzeczy, ale i powoli się pozbierać z tego smutku i znaleźć coś co sprawia radość :)

    1. Dokładnie, już dawno nie czułam czegoś takiego.
      W moim przypadku nie ma mowy o staniu w miejscu. Pytanie tylko czy obecne miejsce lub kierunek, w którym idę jest dla mnie dobry?

  3. Po intensywnym czasie taki.spadek nastroju i energii jest całkiem normalny. Teraz będzie już tylko lepiej 😉

  4. Jest taki dzień i każdy tak ma od czasu do czasu. Poza tym w całej rozciągłości zgadzam się z komentarzem Kfiatushka. Będzie dobrze :-)

    1. Dzięki ;)

  5. Mam wrażenie, że jestem w podobnym okresie swojego życia. W sumie wszystko mam, każdy może się postukać w głowę, kiedy zaczynam narzekać, a jednocześnie dwa ostatnie miesiące były chyba jednymi z trudniejszych w moim życiu… Nie byłam w stanie wstać z łóżka, zupełnie nie wiedziałam, czego chcę i jak widzę swoje życie. Może to ten wiek? Taki kryzys tuż przed 30, bo jednak jesteśmy coraz starsze, społeczeństwo wymaga od nas pewnych decyzji, a my same nie wiemy, gdzie jest nasze miejsce…

    Trzymam kciuki za Twoje samopoczucie. Mam nadzieję, że odzyskasz spokój ducha jak najszybciej.

    1. Ale wiesz Słomka, Ty miałaś złamaną szyję i dość drastyczne zmiany w planie na życie na początku 2018. Przygotowania do podróży trochę Was kosztowały wysiłku i nerwów i tu nagle doświadczenie, które miało być super zmieniło Wam plany o prawie 180 stopni. Wydaje mi się, że to jednak trochę cięższy powód do gorszego nastroju niż moje “w sumie wszystko spoko, tylko nie wiem jak naprawdę chcę żyć” ;)

      Dzięki, już jest lepiej :)

  6. Chyba telepatia, bo u siebie, dosłownie przed chwilą, wstawiłam rozważania na temat tej mojej depresji- pierwszymi objawami zawsze są smutek, zniechęcenie, płacz- uważaj na siebie! Ta choroba jest bardzo podstępna, jeśli ten stan potrwa dłużej, bez namysłu idź do lekarza!
    Ale to oczywiste, że każdy z nas ma prawo do gorszych dni- oby tylko nie trwały za długo…

  7. oby było tylko lepiej ;*

  8. Dla mnie był taki okres listopadowo – grudniowy. Każdy miewa trudniejsze okresy i czasami trudno jest z nich wyjść – dlatego tak ważne jest wsparcie najbliższych i sięgnięcie po pomoc, jeżeli sami nie dajemy radę. Mam nadzieję, że teraz będzie już lepiej.
    Uściski!

Dodaj komentarz